Od dekonstrukcji do wspólnoty
Poezja i odwaga Barbary Janas-Dudek
Barbara Janas-Dudek (ur. 1976 w Chorzowie) to jedna z najbardziej wyrazistych postaci, a jej pisarstwo to jedno z najbardziej poruszających i bezkompromisowych zjawisk współczesnej polskiej liryki konfesyjnej. Poetka, animatorka kultury oraz jurorka ogólnopolskich konkursów literackich, której twórczość, choć głęboko intymna, wykracza daleko poza osobiste ramy i staje się swoistą misją społeczną. Ponieważ znamy się, spotykamy, wzajemnie czytamy od ponad 2 dekad, podjęłam się niemożliwego, czyli próby rekapitulacji podstawowych wątków twórczości, ale i działalności Barbary. Zastrzegam, będzie to zaledwie próba, zaledwie subiektywna oraz – z pewnością – niepełna.




Poetyka „wnętrzności” i prawdy
Poezja Janas-Dudek od samego debiutu przez kolejne etapy i publikacje stawała się coraz sprawniejszym narzędziem do wyrażania stanów, które w codziennym chaosie informacyjnym bywają omijane, pomijane lub wręcz tabuizowane. Autorka sama definiuje swoje pisarstwo jako „lep przylegający do ciała”, który wypływa „nie tylko z głowy, ale także z wnętrzności brzucha, ze ścięgien i kości”. Jerzy Beniamin Zimny już wiele lat temu nazwał jej styl mianem „idealistycznego autentyzmu”, podkreślając, że „oparcie uniwersalizmów na tak głębokim empiryzmie w sferze psychiki” jest w polskiej poezji nowością. Z kolei nieodżałowany Leszek Żuliński (1949-2022) wskazywał, że autorka, badając rewiry ludzkiej duszy, do których inni boją się zaglądać, otworzyła „nowy rozdział poetyckiego języka i rozumowania”.
Od debiutanckich „Oczu na uwięzi” (2009), przez arkusz „Alfabet lęku” (2011), po dojrzałe tomy „Za wcześnie na rytuały” (2017) i „Mamidło” (2020), Barbara Janas-Dudek podejmuje tematy o sporym ciężarze gatunkowym – nierównowaga psychiczna, bezpłodność, adopcja, choroba, śmierć. I robi to na swój szczególny sposób, który trudno odnaleźć u innych twórczyń i twórców. „Poetka nie oswaja lęku i nie łagodzi go, przeciwnie, nazywa głośno i wyraźnie, tak, by każda litera w alfabecie wybrzmiała do końca, prawdziwie. Dwanaście odmian lęku, jak dwanaście długich miesięcy pulsujących w rytmie nocy i dnia, uległości i buntu, życia i śmierci” pisała Teresa Rudowicz o wierszach pomieszczonych w arkuszu poetyckim z roku 2011, i rzeczywiście – wiersze Janas-Dudek nazywają po imieniu i stają się nośnikami stanów egzystencjalnych, o których niechętnie otwarcie się mówi. Autorka posługuje się przy tym poezją jak antidotum na zło i nieszczęście, przetwarzając traumy, lęki i choroby w paliwo twórcze, a ostatecznie umieszcza je w pewnym porządku artystycznym. Poezja staje się więc medium dla podświadomości, pozwala artykułować skrywane i niezbadane pokłady ludzkiej psychiki.
Dekonstrukcja archetypów
Podmiotka liryczna wierszy Janas-Dudek opisując bolesne doświadczenia, wprawia w ruch proces, w którym tracą one powoli nad nią władzę, aż dochodzi do punktu, w którym może powiedzieć: „już nic nie będzie mi w stanie zrobić żadne z tych nieszczęść. Będę spokojna”. Demaskowanie, nazywanie, oswajanie, porządkowanie lęków – podobne jak w procesie terapii – jest niezbędne, by dotrzeć do źródeł najciemniejszych aspektów życia.
Barbara Janas-Dudek wie, że najlepszą metodą jest przekraczanie. Przekraczanie własnych lęków, ale i przekraczanie języka. Jak przyznaje: „staram się łamać kalki językowe, podważać stereotypy, zaprzeczać utartemu archetypowi matki”. Roma Jegor (1953-2023), także śląska poetka, w odpowiedzi na tę twórczość pisała, że czytelnik doświadcza „terapii wstrząsowej”, która zmusza do konfrontacji z tym, co w człowieku bolesne, ukryte i wypierane: „Poetka nas ostrzega, przygotowuje. Ona wie, że nie ma prostego podziału na dobrych i lepszych. Na winnych i tych co dopiero zawinią. Trzeba się wystrzegać, pilnować granic”.
Fenomen „Zakładu pracy chronionej”
Centralnym, a zarazem przełomowym momentem twórczości Janas-Dudek jest tom „Zakład pracy chronionej” (2012), w którym autorka podejmuje radykalną i konsekwentną dekonstrukcję postaci kobiety. Sprzeciwia się jej uprzedmiotowieniu oraz redukcji do roli „rodzicielki i opiekunki”, podporządkowanej „odwiecznemu porządkowi”. Umieszczenie bohaterki na „Stanowisku Montażowym” staje się metaforą mechanicznego traktowania macierzyństwa jako produkcji nowych pokoleń. Jednocześnie poetka ukazuje złożoność kobiecości: jej bohaterka jest zarazem matką, uwodzicielką i pacjentką zakładu psychiatrycznego, figurą rozpiętą między erotyką, troską i doświadczeniem choroby. Taka konstrukcja podważa stereotyp jednowymiarowej, „bezpiecznej” roli i odsłania kobietę jako pełną sprzecznych afektów, pragnień i lęków.
Książka ma charakter synkretyczny, multidyscyplinarny, łączy monodram, wiersze i galerię grafik Macieja Woltmana (tom został wyróżniony w konkursie na „Najpiękniejszą Książkę Roku”). Monodram składa się z czterech scen: „Stanowisko Montażowe – Matka”, „Stanowisko Półproduktu – Uwodzicielka”, „Stanowisko Kontroli Jakości – Zakład Psychiatryczny” oraz „Stanowisko Wyrobów Gotowych – Urzeczowienie”. Rozpoczyna go opis „Miejsca”, zamyka zaś „Wyjście Ewakuacyjne”. Konstrukcja przypomina fabrykę czy warsztat, w którym na kolejnych „stanowiskach” dokonuje się stopniowa, chwilami bolesna i makabryczna dekonstrukcja kobiecości. Bohaterka jest w każdej odsłonie jednocześnie sobą i alegoryczną figurą: matką, uwodzicielką, pacjentką, wreszcie uprzedmiotowionym „wyrobem”. Jak trafnie zauważył Karol Samsel w przedsłowiu, jest to „książka o kobietach; mówiąc precyzyjniej o alegoriach kobiet. Więcej: o wykorzystaniu kobiet przez alegorie”.
Postać kobieca podlega tu degradacji i uprzedmiotowieniu, co Mariola Konieczna określa mianem „fotografii naturalistycznej” kobiecego losu. Wstrząsające obrazy – „dzieci bawią się zapałkami, / dzieci podpalają dom. / jestem spokojna”, „puste gniazdo brzucha”, „dom pod lasem, którego nie ma i nie było”, „na łóżku obok / pomarszczona twarz, wiotkie ciało, / pani od kotka, którego nigdy nie było” – budują gęstą, oniryczną, a niekiedy surrealistyczną atmosferę. Autorka nie unika drastycznych wizji: „wrzucać lokówkę do wanny, przegryzać dwa rtęciowe termometry i przecinać ścięgna pod łokciem”. To język bezkompromisowy, służący wydobyciu traum, psychicznych pęknięć, lęków i stygmatów związanych z cielesnością oraz społecznymi normami. Ciało, kluczowe pojęcie tomu, określa tożsamość i jednocześnie ją ogranicza; staje się źródłem zarówno podmiotowości, jak i urzeczowienia.
Druga część książki, zatytułowana „Wiersze”, stanowi lustrzane odbicie monodramu: teksty zostały ułożone w cykle „Matka”, „Uwodzicielka”, „Pacjentka”, „Urzeczowienia”, a następnie „Zakład pracy chronionej” i „Wyjście Ewakuacyjne”. Wiele utworów przeniesiono z monodramu wprost, inne poddano modyfikacjom. Całość dopełniają grafiki Woltmana, zebrane w osobnej galerii, które podobnie jak wiersze prześwietlają kobiecość z różnych perspektyw.
Istotny pozostaje również wymiar performatywny dzieła. Monodram był wielokrotnie wystawiany; Barbara Janas-Dudek wcielała się w role sceniczne, a didaskalia i komentarze czytał jej mąż, Jacek Dudek. Spektakle te, jak pisała Małgorzata Południak, „dotkliwie wchodzą pod skórę i drapią wszystkie czułe miejsca”, potęgując doświadczenie tekstu.
Po dekadzie od tej absolutnie nieszablonowej publikacji sama autorka mówiła o niej jak o osobistym doświadczeniu: „To ja jestem zakład pracy chronionej. A może to zakład stworzył mnie? (…) Zakład pracy chronionej był parasolem, który mnie chronił. Nie potrzebuję już parasola […] jestem tutaj i niczego się nie boję”. Te słowa podkreślają autobiograficzny wymiar projektu, jako przestrzeni przełamywania barier, konfrontacji z lękiem i budowania tożsamości. „Zakład pracy chronionej” okazuje się nie tylko eksperymentem formalnym, lecz także aktem odwagi i głębokiej, egzystencjalnej pracy nad doświadczeniem kobiecości. Jest bolesną, ale głęboko oczyszczającą lekturą.
Poezja na granicy bólu i nadziei
Kilka lat po „Zakładzie” przyszedł kolejny zbiór wierszy, o których Mirka Szychowiak powie, że „nie przestaną nas dotykać po zamknięciu książki, nie będziemy chcieli ich zapomnieć. Zostaną w naszych głowach, będziemy się nimi żywić”.
„Za wcześnie na rytuały” z 2017 roku to niepokojąca opowieść o kondycji współczesnego człowieka, zbudowana z niewielkich pojedynczych scen, bywa że bardzo wyrazistych, jednocześnie chłodnych, pozbawionych patosu czy emfazy. Podmiot liryczny (podmioty liryczne: kobieta i mężczyzna), jak zauważa Kinga Młynarska, „znakomicie operuje słowem, jest pełen dramatyzmu, a przy tym pozostaje delikatny. Wprowadza napięcie swoim dystansem i ironią. Zaskakuje nas sposobem opowiadania o trudnych sprawach, wśród których można wymienić m.in. śmierć, strach, chorobę, przemijanie, porażającą niepewność”.
Jednym z najmocniejszych tropów w tej książce jest kobiecy bunt, sprzeciw wobec ról, które świat (lub „sformatowana” przez tradycję, otoczenie, wychowanie kobieta samej sobie) próbuje narzucić. Drugim kluczowym wątkiem jest choroba i doświadczenie operacji, które czytelnik poznaje przez kolejne etapy-opisy strachu przed zabiegiem po niepewną ulgę po nim (niepewną, bo radość jest tu umiarkowana, „ja” liryczne ewidentnie boi się prowokować los). Dosadne obrazy, które „wdzierają się w pamięć”, budują intensywność przeżycia, a jednocześnie zachowują emocjonalny dystans. A wszystko to pisane językiem, do którego Barbara już nas przyzwyczaiła, niepokojącym, ironicznym, niewygodnym dla kogoś, kto w literaturze szukałby np. ukojenia. Zresztą, o tym, jaką moc ma słowo, nie zapomina sama podmiotka liryczna tych wierszy nawet na chwilę: „uważaj na usta. mogą powiedzieć za dużo lub napić się / trucizny. jesteś tym, co powiesz”.
Sceniczna wyobraźnia poetki i w tym tomie widoczna jest w świecie rekwizytów – ważnym elementem wierszy jest uniwersum przedmiotów i natury: dom, drzwi, okna, woda, drzewo to nie jedynie sceneria czy tło, to nośniki znaczeń. Motywy otwierania, zamykania, wchodzenia, wychodzenia symbolizują procesy przejścia – od przeszłości do przyszłości, od rozpaczy do nadziei. Od rozpadu do ponownych narodzin. Metafory bywają tu jednak przewrotne, a to, co w mowie potocznej uznajemy za utarte wyrażenia, nagle może okazać się kluczem do odczytania wielopoziomowej gry słowem. Nigdy do końca nie wiemy, czy trafiamy na klucz, czy wpadamy pułapkę. Dlatego spotkanie z tą książką jest intensywnym doświadczeniem – jest spotkaniem z językiem, który rozbiera rzeczywistość na części pierwsze i każe przyjrzeć się temu, co zwykle spychamy na margines świadomości. Jak to ujął Jerzy Beniamin Zimny: „Czytać „Za wcześnie na rytuały” i o nic nie pytać. Bo warto. Języka sobie nie połamiecie, ale umysł jak najbardziej. Powodzenia”.
Lekcja dojrzałej miłości
Rok 2020 w twórczości Barbary Janas-Dudek to książka „Mamidło”, kolejny wstrząsający obraz macierzyństwa, swoista mapa szkód i blizn matczynych, wymagająca od odbiorcy ogromnych pokładów empatii i gotowości na dalszą literacką dekonstrukcję figury matki: otóż połóg, poronienie, depresja poporodowa, bezpłodność, gwałt, choroba dziecka czy jego neuroatypowość wchodzą do gry na równych prawach co radość z narodzin.
Centralnym wątkiem tomu jest ponownie perspektywa matki adopcyjnej, która zamiast z siłami natury, mierzy się ze „żmudnymi procedurami, kontrolami i oceną” kuratorów oraz społeczeństwa, która przyjmuje dzieci z ich „bagażem wspomnień” i „defektami fizyczno-psychicznymi”, która wyznaje: „Jestem matką uzurpatorką. Żadne z nich nie wylęgło się ze mnie. / Nie wiło się w ciepłym brzuchu. Nie było mdłości, bólu piersi. / Lekarz nie miał szans być miły. Przyj, nie przyj, oddychaj. Nie było / rozciętego krocza i pierwszego krzyku. Laktacji, pogryzionych sutków”.
Janas-Dudek dobrze wie, że siłą jej poezji nie są finezyjne eufemizmy, że mur społecznego milczenia i tabuizowania można zdemontować tylko mocnym słowem, brutalnym, naturalistycznym i bezkompromisowym, że wyłącznie językowa „operacja na żywym organizmie” – i to bez znieczulenia – udźwignie jej tematy. A te tematy – co właściwie nie zaskakuje po lekturze poprzednich tomów – układają się w spójną całość. Można określić „Mamidło” poematem, dodam – poematem o dojrzałej miłości matki, która wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew kryzysom i bezradności, wbrew lękom i złości, wbrew codziennym pęknięciom i upadkom, znajduje w sobie siłę, by „doklejać skrzydła” swoim dzieciom i bezwarunkowo je kochać.
Andrzej Wołosewicz tak zakończył swoją – jak to określił recenzję-nierecenzję, bo raczej sam nazwał artykuł listem do autorki: – „Czytanie tych wierszy jest włażeniem z buciorami w czyjąś wrażliwość. Inaczej się nie da. (…) Poetycko dokonała Pani niemożliwego – „ruszyła z posad bryłę świata”, bo to i temat rzadki w literaturze i napisać o nim nie bardzo wiadomo jak. Pani to potrafiła”. Nic już nie dodam, podpisuję się jedynie pod tymi słowami.
Port Poetycki i Dom Pracy Twórczej Macondo
Działalność Barbary jest nierozerwalnie związana z animacją życia literackiego. Od 2009 roku współtworzy (wraz z mężem i grupą twórców) Port Poetycki w Chorzowie. Jest to jedna z największych cyklicznych imprez literackich na Śląsku, odbywająca się wiele lat m.in. w postindustrialnej przestrzeni kompleksu „Sztygarka”. Marta Fox podkreśla, że Port jest „miejscem, gdzie cała Polska się jednoczy, wierząc w sprawczą moc słowa”. Małżeński „team literacki” wspólnie tworzy tam przestrzeń dla performatywnej obecności sztuki nie tylko na scenie, ale i w szerszym wymiarze społecznym.
Dekadę temu pisałam felieton podsumowujący 13 edycji PP do Dwumiesięcznika TOPOS (4 (149) 2016), wtedy zapytałam Jacka Dudka o początki. Zobaczcie, jak niepozornie rodzi się tak z latami rozwinięta i potężna inicjatywa: „Zaczęło się w niedzielę. Przez przypadek wszedłem do Tawerny Stary Port, mieszczącej się w centrum Chorzowa. Od jakiegoś czasu szukaliśmy z Basią miejsca, do którego można by było zaprosić kilku poetów, poczytać wiersze, posłuchać muzyki”.
Minęło kilkanaście lat od tej niedzieli – a Port Poetycki stał się jednym z ciekawszych i ważniejszych, a przy tym największych literackich zlotów w Polsce, stał się festiwalem, który z towarzyskiej i kameralnej przerodził się w cykliczną imprezę, który wpisał się już na dobre w ogólnopolski kalendarz kulturalny. I który dawno wykroczył poza pierwotne ramy, przekształcając się w centrum poezji, muzyki, teatru i sztuk wizualnych.
Kolejnym niebywałym przedsięwzięciem małżeństwa Dudków jest stworzony własnymi siłami Dom Pracy Twórczej Macondo w Miedźnie, niedaleko Częstochowy. To projekt, który wyrósł z pasji do literatury, sztuki i ludzi, ale i z przekonania, że kultura i sztuka mogą być przestrzenią realnej zmiany.
Macondo nie jest zwykłym pensjonatem ani ośrodkiem warsztatowym. To miejsce z duszą, stworzone oddolnie, bez wielkich instytucjonalnych struktur, za to z ogromnym zaangażowaniem i konsekwencją w realizowaniu marzenia. Nazwa – przywołująca mityczne miasteczko z powieści Gabriela Garcíi Márqueza – nie jest przypadkowa. Podobnie jak literackie Macondo, to w Miedźnie stało się obszarem spotkań różnych historii, temperamentów i doświadczeń.
Dom Pracy Twórczej Macondo to przystań dla artystów – pisarzy, poetów, muzyków, plastyków i ludzi teatru. Organizowane są tu warsztaty literackie i artystyczne, rezydencje twórcze, spotkania autorskie, kameralne koncerty oraz dyskusje o kulturze i sprawach społecznych. W ciszy okolicznych pól i lasów powstają teksty, obrazy, kompozycje muzyczne. Kontakt z naturą jest tu integralną częścią doświadczenia, sprzyja skupieniu, regeneracji i twórczości.
Jednak Macondo to nie tylko przestrzeń sztuki. To również miejsce realnej solidarności. W obliczu wojny w Ukrainie dom otworzył swoje drzwi dla uchodźców, stając się dla nich bezpiecznym azylem i punktem oparcia w dramatycznym momencie życia. Ta decyzja pokazała, że idea wspólnoty, o której tak często mówi się w kontekście kultury, może mieć bardzo konkretny wymiar: gościnności, wsparcia i codziennej obecności.
Na stronie pensjonatu czytamy: „Macondo to miejsce pełne magii, literatury i sztuki. Miejsce, w którym problemy zamieniają się w wyzwania, a kontakt z naturą ładuje akumulatory nawet najbardziej przepracowanym gościom”. Te słowa nie są jedynie poetycką deklaracją. Tu rozmowa ma znaczenie, cisza nie jest pustką, a twórczość staje się sposobem budowania relacji i nadawania sensu doświadczeniom. Macondo w Miedźnie, inicjatywa Basi i Jacka oparta na ich pasji i odpowiedzialności, stała się kulturotwórczym i społecznym małym centrum świata, w którym sztuka i życie splatają się w jedno.
Od „parasola” do odwagi
Za swoją działalność Barbara została uhonorowana m.in. Nagrodą Prezydenta Chorzowa oraz statuetką „Dobry Człowiek – Profesjonalizm & Bezinteresowność. Była także laureatką Konkursu Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej, miałam zaszczyt osobiście wręczać jej na kaliskiej scenie festiwalowej „statuetkę Wandy”. Ale to nie dyplomy i nagrody są miarą tej drogi. Najważniejsze pozostaje to, że Barbara Janas-Dudek konsekwentnie przekracza – siebie, język, lęk – i że z tej pracy nad własnym doświadczeniem rodzi się dobro dla innych. Od „parasola”, który kiedyś chronił ją samą, doszła do miejsca, w którym sama staje się schronieniem: w wierszu, na scenie, w Porcie, w Macondo. Jej twórczość i działalność splatają się w jedną opowieść o odwadze mówienia prawdy, nawet jeśli boli, i o wierze, że słowo może ruszyć z posad nie tylko „bryłę świata”, lecz także pojedyncze, kruche ludzkie życie.
Izabela Fietkiewicz-Paszek
17.02.20026
Liry Dram nr 50, styczeń-marzec 2026
