Barbara Janas-Dudek, LiryDram, nr 50/2026

Od dekonstrukcji do wspólnoty

Poezja i odwaga Barbary Janas-Dudek

Barbara Janas-Dudek (ur. 1976 w Chorzowie) to jedna z najbardziej wyrazistych postaci, a jej pisarstwo to jedno z najbardziej poruszających i bezkompromisowych zjawisk współcze­snej polskiej liryki konfesyjnej. Poetka, animatorka kultury oraz jurorka ogólnopolskich kon­kursów literackich, której twórczość, choć głęboko intymna, wykracza daleko poza osobiste ramy i staje się swoistą misją społeczną. Ponieważ znamy się, spotykamy, wzajemnie czytamy od ponad 2 dekad, podjęłam się niemożliwego, czyli próby rekapitulacji podstawowych wąt­ków twórczości, ale i działalności Barbary. Zastrzegam, będzie to zaledwie próba, zaledwie su­biektywna oraz – z pewnością – niepełna.

Poetyka „wnętrzności” i prawdy

Poezja Janas-Dudek od samego debiutu przez kolejne etapy i publikacje stawała się coraz spraw­niejszym narzędziem do wyrażania stanów, które w codziennym chaosie informacyjnym bywają omijane, pomijane lub wręcz tabuizowane. Autorka sama definiuje swoje pisarstwo jako „lep przy­legający do ciała”, który wypływa „nie tylko z głowy, ale także z wnętrzności brzucha, ze ścięgien i kości”. Jerzy Beniamin Zimny już wiele lat temu nazwał jej styl mianem „idealistycznego autenty­zmu”, podkreślając, że „oparcie uniwersalizmów na tak głębokim empiryzmie w sferze psychiki” jest w polskiej poezji nowością. Z kolei nieodżałowany Leszek Żuliński (1949-2022) wskazywał, że autorka, badając rewiry ludzkiej duszy, do których inni boją się zaglądać, otworzyła „nowy rozdział poetyckiego języka i rozumowania”.

Od debiutanckich „Oczu na uwięzi” (2009), przez arkusz „Alfabet lęku” (2011), po dojrzałe tomy „Za wcześnie na rytuały” (2017) i „Mamidło” (2020), Barbara Janas-Dudek podejmuje te­maty o sporym ciężarze gatunkowym – nierównowaga psychiczna, bezpłodność, adopcja, choroba, śmierć. I robi to na swój szczególny sposób, który trudno odnaleźć u innych twórczyń i twórców. „Poetka nie oswaja lęku i nie łagodzi go, przeciwnie, nazywa głośno i wyraźnie, tak, by każda litera w alfa­becie wybrzmiała do końca, prawdziwie. Dwanaście odmian lęku, jak dwanaście długich miesięcy pulsujących w rytmie nocy i dnia, uległości i buntu, życia i śmierci” pisała Teresa Rudo­wicz o wier­szach pomieszczonych w arkuszu poetyckim z roku 2011, i rzeczywiście – wiersze Ja­nas-Dudek na­zywają po imieniu i stają się nośnikami stanów egzystencjalnych, o których niechęt­nie otwarcie się mówi. Autorka posługuje się przy tym poezją jak antidotum na zło i nieszczęście, przetwarzając traumy, lęki i choroby w paliwo twórcze, a ostatecznie umieszcza je w pewnym porządku artystycz­nym. Poezja staje się więc medium dla podświadomości, pozwala artykułować skrywane i niezba­dane pokłady ludzkiej psychiki.

Dekonstrukcja archetypów

Podmiotka liryczna wierszy Janas-Dudek opisując bolesne doświadczenia, wprawia w ruch proces, w którym tracą one powoli nad nią władzę, aż dochodzi do punktu, w którym może powie­dzieć: „już nic nie będzie mi w stanie zrobić żadne z tych nieszczęść. Będę spokojna”. Demaskowanie, na­zywanie, oswajanie, porządkowanie lęków – podobne jak w procesie terapii – jest niezbędne, by dotrzeć do źródeł najciemniejszych aspektów życia.

Barbara Janas-Dudek wie, że najlepszą metodą jest przekraczanie. Przekraczanie własnych lęków, ale i przekraczanie języka. Jak przyznaje: „staram się łamać kalki językowe, podważać stereotypy, zaprzeczać utartemu archetypowi matki”. Roma Jegor (1953-2023), także śląska poetka, w odpo­wiedzi na tę twórczość pisała, że czytelnik doświadcza „terapii wstrząsowej”, która zmusza do kon­frontacji z tym, co w człowieku bolesne, ukryte i wypierane: „Poetka nas ostrzega, przygotowuje. Ona wie, że nie ma prostego podziału na dobrych i lepszych. Na winnych i tych co dopiero zawinią. Trzeba się wystrzegać, pilnować granic”.

Fenomen „Zakładu pracy chronionej”

Centralnym, a zarazem przełomowym momentem twórczości Janas-Dudek jest tom „Zakład pracy chronionej” (2012), w którym autorka podejmuje radykalną i konsekwentną dekonstrukcję postaci kobiety. Sprzeciwia się jej uprzedmiotowieniu oraz redukcji do roli „rodzicielki i opiekunki”, pod­porządkowanej „odwiecznemu porządkowi”. Umieszczenie bohaterki na „Stanowisku Montażo­wym” staje się metaforą mechanicznego traktowania macierzyństwa jako produkcji nowych poko­leń. Jednocze­śnie poetka ukazuje złożoność kobiecości: jej bohaterka jest zarazem matką, uwodzi­cielką i pacjent­ką zakładu psychiatrycznego, figurą rozpiętą między erotyką, troską i doświadcze­niem choroby. Taka konstrukcja podważa stereotyp jednowymiarowej, „bezpiecznej” roli i odsłania kobietę jako pełną sprzecznych afektów, pragnień i lęków.

Książka ma charakter synkretyczny, multidyscyplinarny, łączy monodram, wiersze i galerię grafik Macieja Woltmana (tom został wyróżniony w konkursie na „Najpiękniejszą Książkę Roku”). Mo­nodram składa się z czterech scen: „Stanowisko Montażowe – Matka”, „Stanowisko Półproduktu – Uwodzicielka”, „Stanowisko Kontroli Jakości – Zakład Psychiatryczny” oraz „Stanowisko Wyro­bów Gotowych – Urzeczowienie”. Rozpoczyna go opis „Miejsca”, zamyka zaś „Wyjście Ewaku­acyjne”. Konstrukcja przypomina fabrykę czy warsztat, w którym na kolejnych „stanowiskach” do­konuje się stopniowa, chwilami bolesna i makabryczna dekonstrukcja kobiecości. Bohaterka jest w każdej odsłonie jednocześnie sobą i alegoryczną figurą: matką, uwodzicielką, pacjentką, wreszcie uprzedmiotowionym „wyrobem”. Jak trafnie zauważył Karol Samsel w przedsłowiu, jest to „książ­ka o kobietach; mówiąc precyzyjniej o alegoriach kobiet. Więcej: o wykorzystaniu kobiet przez ale­gorie”.

Postać kobieca podlega tu degradacji i uprzedmiotowieniu, co Mariola Konieczna określa mianem „fotografii naturalistycznej” kobiecego losu. Wstrząsające obrazy – „dzieci bawią się zapałkami, / dzieci podpalają dom. / jestem spokojna”, „puste gniazdo brzucha”, „dom pod lasem, którego nie ma i nie było”, „na łóżku obok / pomarszczona twarz, wiotkie ciało, / pani od kotka, którego nigdy nie było” – budują gęstą, oniryczną, a niekiedy surrealistyczną atmosferę. Autorka nie unika dra­stycznych wizji: „wrzucać lo­kówkę do wanny, przegryzać dwa rtęciowe termometry i przecinać ścięgna pod łokciem”. To język bezkompromisowy, służący wydobyciu traum, psychicznych pęk­nięć, lęków i stygmatów związa­nych z cielesnością oraz społecznymi normami. Ciało, kluczowe pojęcie tomu, określa tożsamość i jednocześnie ją ogranicza; staje się źródłem zarówno podmioto­wości, jak i urzeczowienia.

Druga część książki, zatytułowana „Wiersze”, stanowi lustrzane odbicie monodramu: teksty zostały ułożone w cykle „Matka”, „Uwodzicielka”, „Pacjentka”, „Urzeczowienia”, a następnie „Zakład pra­cy chronionej” i „Wyjście Ewakuacyjne”. Wiele utworów przeniesiono z monodramu wprost, inne poddano modyfikacjom. Całość dopełniają grafiki Woltmana, zebrane w osobnej galerii, które po­dobnie jak wiersze prześwietlają kobiecość z różnych perspektyw.

Istotny pozostaje również wymiar performatywny dzieła. Monodram był wielokrotnie wystawiany; Barbara Janas-Dudek wcielała się w role sceniczne, a didaskalia i komentarze czytał jej mąż, Jacek Dudek. Spektakle te, jak pisała Małgorzata Południak, „dotkliwie wchodzą pod skórę i drapią wszystkie czułe miejsca”, potęgując doświadczenie tekstu.

Po dekadzie od tej absolutnie nieszablonowej publikacji sama autorka mówiła o niej jak o osobi­stym doświadczeniu: „To ja jestem zakład pracy chronionej. A może to zakład stworzył mnie? (…) Zakład pracy chronionej był parasolem, który mnie chronił. Nie potrzebuję już parasola […] jestem tutaj i niczego się nie boję”. Te słowa podkreślają autobiograficzny wymiar projektu, jako prze­strzeni przełamywania barier, konfrontacji z lękiem i budowania tożsamości. „Zakład pracy chro­nionej” okazuje się nie tylko eksperymentem formalnym, lecz także aktem odwagi i głębokiej, eg­zystencjalnej pracy nad doświadczeniem kobiecości. Jest bolesną, ale głęboko oczyszczającą lektu­rą.

Poezja na granicy bólu i nadziei


Kilka lat po „Zakładzie” przyszedł kolejny zbiór wierszy, o których Mirka Szychowiak powie, że „nie przestaną nas dotykać po zamknięciu książki, nie będziemy chcieli ich zapomnieć. Zostaną w naszych głowach, będziemy się nimi żywić”.

„Za wcześnie na rytuały” z 2017 roku to niepokojąca opowieść o kondycji współczesnego człowie­ka, zbudowana z niewielkich pojedynczych scen, bywa że bardzo wyrazistych, jednocześnie chłod­nych, pozbawionych patosu czy emfazy. Podmiot liryczny (podmioty liryczne: kobieta i mężczy­zna), jak zauważa Kinga Młynarska, „znakomicie operuje słowem, jest pełen dramatyzmu, a przy tym pozostaje delikatny. Wprowadza napięcie swoim dystansem i ironią. Zaskakuje nas sposobem opowiadania o trudnych sprawach, wśród których można wymienić m.in. śmierć, strach, chorobę, przemijanie, porażającą niepewność”.

Jednym z najmocniejszych tropów w tej książce jest kobiecy bunt, sprzeciw wobec ról, które świat (lub „sformatowana” przez tradycję, otoczenie, wychowanie kobieta samej sobie) próbuje narzucić. Dru­gim kluczowym wątkiem jest choroba i doświadczenie operacji, które czytelnik poznaje przez ko­lejne etapy-opisy strachu przed zabiegiem po niepewną ulgę po nim (niepewną, bo radość jest tu umiarkowana, „ja” liryczne ewidentnie boi się prowokować los). Dosadne obrazy, które „wdzierają się w pamięć”, budują intensywność przeżycia, a jednocześnie zachowują emocjonalny dystans. A wszystko to pisane językiem, do którego Barbara już nas przyzwyczaiła, niepokojącym, ironicz­nym, niewygodnym dla kogoś, kto w literaturze szukałby np. ukojenia. Zresztą, o tym, jaką moc ma słowo, nie zapomina sama podmiotka liryczna tych wierszy nawet na chwilę: „uważaj na usta. mogą powiedzieć za dużo lub napić się / trucizny. jesteś tym, co powiesz”.

Sceniczna wyobraźnia poetki i w tym tomie widoczna jest w świecie rekwizytów – ważnym ele­mentem wierszy jest uniwersum przedmiotów i natury: dom, drzwi, okna, woda, drzewo to nie je­dynie sceneria czy tło, to nośniki znaczeń. Motywy otwierania, zamykania, wchodzenia, wychodzen­ia symbolizują procesy przejścia – od przeszłości do przyszłości, od rozpaczy do na­dziei. Od rozpadu do ponownych narodzin. Metafory bywają tu jednak przewrotne, a to, co w mo­wie potocz­nej uznajemy za utarte wyrażenia, nagle może okazać się kluczem do odczytania wielo­poziomowej gry słowem. Nigdy do końca nie wiemy, czy trafiamy na klucz, czy wpadamy pułapkę. Dlatego spotkanie z tą książką jest intensywnym doświadczeniem – jest spotkaniem z językiem, który roz­biera rzeczywistość na części pierwsze i każe przyjrzeć się temu, co zwykle spychamy na margines świadomości. Jak to ujął Jerzy Beniamin Zimny: „Czytać „Za wcześnie na rytuały” i o nic nie py­tać. Bo warto. Języka sobie nie połamiecie, ale umysł jak najbardziej. Powodzenia”.

Lekcja dojrzałej miłości

Rok 2020 w twórczości Barbary Janas-Dudek to książka „Mamidło”, kolejny wstrząsający obraz macierzyństwa, swoista mapa szkód i blizn matczynych, wymagająca od odbiorcy ogromnych po­kładów empatii i gotowości na dalszą literacką dekonstrukcję figury matki: otóż połóg, poronienie, depresja poporodowa, bezpłodność, gwałt, choroba dziecka czy jego neuroatypowość wchodzą do gry na równych prawach co radość z narodzin.

Centralnym wątkiem tomu jest ponownie perspektywa matki adopcyjnej, która zamiast z siłami na­tury, mierzy się ze „żmudnymi procedurami, kontrolami i oceną” kuratorów oraz społeczeństwa, która przyjmuje dzieci z ich „bagażem wspomnień” i „defektami fizyczno-psychicznymi”, która wyznaje: „Jestem matką uzurpatorką. Żadne z nich nie wylęgło się ze mnie. / Nie wiło się w cie­płym brzuchu. Nie było mdłości, bólu piersi. / Lekarz nie miał szans być miły. Przyj, nie przyj, od­dychaj. Nie było / rozciętego krocza i pierwszego krzyku. Laktacji, pogryzionych sutków”.

Janas-Dudek dobrze wie, że siłą jej poezji nie są finezyjne eufemizmy, że mur społecznego milcze­nia i tabuizowania można zdemontować tylko mocnym słowem, brutalnym, naturalistycznym i bez­kompromisowym, że wyłącznie językowa „operacja na żywym organizmie” – i to bez znieczulenia – udźwignie jej tematy. A te tematy – co właściwie nie zaskakuje po lekturze poprzednich to­mów – układają się w spójną całość. Można określić „Mamidło” poematem, dodam – poematem o dojrzałej miłości matki, która wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew kryzysom i bezradności, wbrew lę­kom i złości, wbrew codziennym pęknięciom i upadkom, znajduje w sobie siłę, by „dokle­jać skrzy­dła” swoim dzieciom i bezwarunkowo je kochać.

Andrzej Wołosewicz tak zakończył swoją – jak to określił recenzję-nierecenzję, bo raczej sam na­zwał artykuł listem do autorki: – „Czytanie tych wierszy jest włażeniem z buciorami w czyjąś wraż­liwość. Inaczej się nie da. (…) Poetycko dokonała Pani niemożliwego – „ruszyła z posad bryłę świata”, bo to i temat rzadki w literaturze i napisać o nim nie bardzo wiadomo jak. Pani to potrafi­ła”. Nic już nie dodam, podpisuję się jedynie pod tymi słowami.

Port Poetycki i Dom Pracy Twórczej Macondo

Działalność Barbary jest nierozerwalnie związana z animacją życia literackiego. Od 2009 roku współtworzy (wraz z mężem i grupą twórców) Port Poetycki w Chorzowie. Jest to jedna z naj­większych cyklicznych imprez literackich na Śląsku, odbywająca się wiele lat m.in. w postindu­strialnej przestrzeni kompleksu „Sztygarka”. Marta Fox podkreśla, że Port jest „miejscem, gdzie cała Polska się jednoczy, wierząc w sprawczą moc słowa”. Małżeński „team literacki” wspólnie tworzy tam przestrzeń dla performatywnej obecności sztuki nie tylko na scenie, ale i w szerszym wymiarze społecznym.

Dekadę temu pisałam felieton podsumowujący 13 edycji PP do Dwumiesięcznika TOPOS (4 (149) 2016), wtedy zapytałam Jacka Dudka o początki. Zobaczcie, jak niepozornie rodzi się tak z latami rozwinięta i potężna inicjatywa: „Zaczęło się w niedzielę. Przez przypadek wszedłem do Tawerny Stary Port, mieszczącej się w centrum Chorzowa. Od jakiegoś czasu szukaliśmy z Basią miejsca, do którego można by było zaprosić kilku poetów, poczytać wiersze, posłuchać muzyki”.

Minęło kilkanaście lat od tej niedzieli – a Port Poetycki stał się jednym z ciekawszych i ważniej­szych, a przy tym największych literackich zlotów w Polsce, stał się festiwalem, który z towarzy­skiej i kameralnej przerodził się w cykliczną imprezę, który wpisał się już na dobre w ogólnopolski kalendarz kultu­ralny. I który dawno wykroczył poza pierwotne ramy, przekształcając się w centrum poezji, muzyki, teatru i sztuk wizualnych.

Kolejnym niebywałym przedsięwzięciem małżeństwa Dudków jest stworzony własnymi siłami Dom Pracy Twórczej Macondo w Miedźnie, niedaleko Częstochowy. To projekt, który wyrósł z pasji do literatury, sztuki i ludzi, ale i z przekonania, że kultura i sztuka mogą być przestrzenią real­nej zmiany.

Macondo nie jest zwykłym pensjonatem ani ośrodkiem warsztatowym. To miejsce z duszą, stwo­rzone oddolnie, bez wielkich instytucjonalnych struktur, za to z ogromnym zaangażowaniem i kon­sekwencją w realizowaniu marzenia. Nazwa – przy­wołująca mityczne miasteczko z powieści Ga­briela Garcíi Márqueza – nie jest przypadkowa. Po­dobnie jak literackie Macondo, to w Miedźnie stało się obszarem spotkań różnych historii, tempera­mentów i doświadczeń.

Dom Pracy Twórczej Macondo to przystań dla artystów – pisarzy, poetów, muzyków, plastyków i ludzi teatru. Organizowane są tu warsztaty literackie i artystyczne, rezydencje twórcze, spotkania autorskie, kameralne koncerty oraz dyskusje o kulturze i sprawach społecznych. W ciszy okolicz­nych pól i lasów powstają teksty, obrazy, kompozycje muzyczne. Kontakt z naturą jest tu inte­gralną częścią doświadczenia, sprzyja skupieniu, regeneracji i twórczości.

Jednak Macondo to nie tylko przestrzeń sztuki. To również miejsce realnej solidarności. W obliczu wojny w Ukrainie dom otworzył swoje drzwi dla uchodźców, stając się dla nich bezpiecznym azy­lem i punktem oparcia w dramatycznym momencie życia. Ta decyzja pokazała, że idea wspólnoty, o której tak często mówi się w kontekście kultury, może mieć bardzo konkretny wymiar: gościnności, wsparcia i codziennej obecności.

Na stronie pensjonatu czytamy: „Macondo to miejsce pełne magii, literatury i sztuki. Miejsce, w którym problemy zamieniają się w wyzwania, a kontakt z naturą ładuje akumulatory nawet najbar­dziej przepracowanym gościom”. Te słowa nie są jedynie poetycką deklaracją. Tu rozmowa ma zna­czenie, cisza nie jest pustką, a twórczość staje się sposobem budowania relacji i nadawania sensu doświadczeniom. Macondo w Miedźnie, inicjatywa Basi i Jacka oparta na ich pasji i odpowiedzial­ności, stała się kulturotwórczym i społecznym małym centrum świata, w którym sztuka i życie spla­tają się w jedno.

Od „parasola” do odwagi

Za swoją działalność Barbara została uhonorowana m.in. Nagrodą Prezydenta Chorzowa oraz statu­etką „Dobry Człowiek – Profesjonalizm & Bezinteresowność. Była także laureatką Konkursu Jed­nego Wiersza im. Wandy Karczewskiej, miałam zaszczyt osobiście wręczać jej na kaliskiej scenie festiwalowej „statuetkę Wandy”. Ale to nie dyplomy i nagrody są miarą tej drogi. Najważniejsze pozo­staje to, że Barbara Janas-Dudek konsekwentnie przekracza – siebie, język, lęk – i że z tej pra­cy nad własnym doświadczeniem rodzi się dobro dla innych. Od „parasola”, który kiedyś chronił ją samą, doszła do miejsca, w którym sama staje się schronieniem: w wierszu, na scenie, w Porcie, w Ma­condo. Jej twórczość i działalność splatają się w jedną opowieść o odwadze mówienia prawdy, na­wet jeśli boli, i o wierze, że słowo może ruszyć z posad nie tylko „bryłę świata”, lecz tak­że poje­dyncze, kruche ludzkie życie.

Izabela Fietkiewicz-Paszek

17.02.20026

Liry Dram nr 50, styczeń-marzec 2026

#41 Krótka Piłka

B. Janas-Dudek na VII Ogólnopolskim Festiwalu Poetyckim im. Wandy Karczewskiej w Kaliszu:

„Zakład pracy chronionej” B. Janas-Dudek na scenie Centrum Kultury i Sztuki w Kaliszu: