kObraz 115

zdjęcia z pleneru

zmaterializowany skutek tych zmagań: misterium papieru

zdjęcia z wernisażu prac plenerowych

Iza Fietkiewicz-Paszek TEKSTY PLENEROWE, 10-14 VII 2010

1.

Bryła z pozszywanych grubymi nićmi kartonowych figur w kilku odcieniach brązu powstaje powoli i w bólu. Przy czym ból jest przyziemnej proweniencji: komary.

On zauważy, że kompozycja jest zakłócona „wyłomem” wzdłuż pionowej ściany, nazwie go nawet „przecinkiem”. Chciałby się cieszyć czystym pomysłem, nieskrępowaną ideą zszywania kartonu dratwą, a dodatkowe linie odciągają uwagę od fenomenu tego połączenia, a tym samym od surowego nastroju dzieła. Prostota najsilniej eksponowałaby efekt twórczych zmagań na styku rzeźbiarz-karton-nić. Nie chce być prowokowany do wysnuwania interpretacyjnych wątków, wolałby być estetycznie zahaczony urodą spotkania kartonu z dratwą, a nie potencjalną opowieścią, którą to spotkanie mogłoby zaowocować.

Ona przyjmuje pracę jako daną, nie dyskutuje z formą, nie podaje jej w wątpliwość, szuka porządku i to z zaufaniem względem zarówno intencji rzeźbiarza, jak i biegłości jego sprawczej ręki. Nie wnosi w spotkanie z bryłą żadnych oczekiwań, nie przykłada do niej wirtualnej matrycy; konstrukcja sama ją intryguje, zaczepia w naturalny sposób. Pozwala więc sobie na dyskurs wyobraźni z wyborami twórcy. Wyłom? Wyłom. Niezbywalnym prawem autora jest także decyzja o wyłomie.

On je pominął, ona dostrzega od razu: litery. I cyfry. Coś muszą nieść i wnieść. Nawet, czego jest świadoma, jeśli artysta po prostu wyciął figury z zadrukowanych kartonów, nawet jeśli układ liter jest podporządkowanym pomysłowi na bryłę dziełem przypadku, nie wierzy, że ich obecność mogłaby być bez znaczenia, że ich finalna kompozycja nie ma jakiejś własnej kosmologii. Chińskie znaki początkowo intrygują, ale po chwili już działają jak dziecięce wyliczanki, uspokajają, nie domagają się wyprowadzania literalnego sensu, niemniej – nie znaczy to przecież, że są go pozbawione. Kod jest niedostępny, znaczenia nie mogą być odczytane, pozostaje świadomość, że są, i wyłącznie brak klucza stanowi barierę.

Co innego cyfry i litery. Prowokują do poszukiwań, do wysiłku interpretacyjnego, choćby do intelektualnej zabawy: co się powtarza? Które znaki się krzyżują? Jaka treść wyłania się, a raczej mogłaby się wyłonić z ich spotkania, gdyby rozwinąć te semantyczne zalążki?

Trzeba czasu, by oswoiła się z myślą, że tym razem litery są innego rodzaju tworzywem, że są wolne od przymusu denotacji i nie ma potrzeby negocjować z nimi sensów, że trzeba pozwolić wzrokowi swobodnie ślizgać się po nich, doznawać, rozpoznawać w ich obecności integralną część kompozycji, istotną, nienachalną, piękną, równocenną kartonowym figurom, odcieniom brązu, grubemu szyciu na krawędziach – czy wyłomowi, który go tak zabolał.

2.

Nie dziwi smród potęgowany przez upał. Ani to, że wszystko tu doszczętnie zrujnowane, że można by w tym miejscu kręcić film o drugiej wojnie. Zardzewiałe maszyny, powybijane szyby, przedpotopowe urządzenia, dziury w dachu, sarkastyczna w tym krajobrazie obecność tabliczek nawołujących do przestrzegania przepisów BHP, drzewa porastające balkony, walające się pod nogami śmieci, cuchnące mazie w rozpadających się kadziach, połamane żelastwo, którego pierwotnych kształtów ani tym bardziej przeznaczenia nie sposób ustalić, zwichrowane schody, po których przechadzka mogłaby być nie lada wyzwaniem i katalizatorem dla najgłębszych pokładów adrenaliny ewentualnego śmiałka. Żałosna substancja pozostałości po dawnym rozkwicie fabryki tak naprawdę nie musi dziwić. Z daleka widać, że raj odnaleźli tu menele i artyści. Egzystencja ruiny uzasadnia się więc choćby w ten sposób.

Dziwić natomiast musi coś, co łamie to swoiste decorum: ogromny zwój gotowych do pocięcia kartonów do „Kubusia”. Tu się pracuje.

Zaparkowany przed portiernią czerwony VW potwierdza przypuszczenie. Podobnie widok pojedynczych robotników w środku pierwszego z licznych budynków. Jeden chodzi wokół jakiejś maszyny, drugi spawa, pomieszczenie dalej – trzeci coś przykręca. Paląc przy tym papierosa i uśmiechając się, jakby do obiektywu.

Ktoś bawi się naszą uwagą, w zwolnionym tempie odtwarza jednocześnie dwa filmy. Na jednym widać pracujących robotników – to najprawdopodobniej kronika filmowa sprzed lat. Na drugim, sprytnie nałożonym – dzisiejsza mizeria tego miejsca. Obraz sprawia wrażenie podstępnej sztuczki umysłu, spreparowanej przez dowcipnisia-alchemika mikstury pamięci i teraźniejszości, figla zmęczonej upałem wyobraźni. A może to po prostu nieznany zaułek fantazji?

Robotnicy przecisnęli się tu przez jakąś szczelinę w czasie, najprawdopodobniej z lat pięćdziesiątych. Przypuszczalnie nie wiedzą, który jest rok ani nie widzą, na ile zdewastowana jest ich fabryka. Nas też nie widzą, jesteśmy oddzieleni wszystkim, co może dzielić. Z wyjątkiem papieru.

Czy to wystarczy, by nawzajem konstytuować swoje istnienie, by zaufać przeczuciu, otworzyć się wreszcie na myśl, że są obok nas takie światy, gdzie wymiary się piętrzą, rozciągają i przenikają nawzajem, że są takie zakamarki czasu, kiedy nierealistyczne staje się realne, nieprawdopodobne jest prawdziwe, a nieuchwytne daje się chwycić za metafizyczny nadgarstek?

– Chciałbym tu przyjeżdżać, najlepiej raz w roku, latem. I obserwować, jak on żyje, jak wrasta w drzewo, porasta je, zrasta się z nim, nasiąka sokami. Jak powoli zmienia kształt, konsystencję, kolor. Jak pracuje i niszczeje. Chciałbym podglądać, jak się razem starzeją.

3.

– Chciałabym przyjeżdżać z Tobą.

Niełatwo wspinać się po drzewie w upał, w chmurze komarów. Stać w niewygodnej pozie godzinę na drabinie, wciskać do bólu opuszków białe paski pomiędzy pęknięcia kory, wypełniać mozolnie jej koryta papierem. Niełatwo decydować, czy lepiej będzie puścić kompozycję spiralnym torem wzwyż pnia, pozwolić jej tym samym miękko otoczyć dąb i wspinać się do korony – czy może lepiej zdecydować się na spokojny rysunek, przybrać korę jednorodnie, co na pewno odbierze formie lekkość, ale nada jej z kolei powagę, jakiś rys dostojeństwa, jednocześnie niejako uprawomocni tę wymuszoną symbiozę.

Jeśli coś daje się odbierać na poważnie, nie podważamy tego natury czy zasadności, dyskutujemy zazwyczaj z tym, co swoją ulotnością otwiera furtkę dla negacji, czy choćby negocjacji. Tym samym jednak skłania do poszukiwań, pytań, zachęca do myślenia, do dialektyki, otwiera umysł na alternatywne rozwiązania, pozwala w nieskrępowany sposób szukać swojego stanowiska, określać się, odważnie sytuować w zastanym układzie odniesienia.

Niełatwo więc decydować o kompozycji papieru w drzewie. Tak samo niełatwo przewidzieć, jak rozwinie się ona w czasie – ulegając wpływom temperatury, robactwa, wilgoci, ciekawości dzieci i bezmyślności wandali, interakcji pomiędzy własnymi elementami i kontaktom z obcymi. I już nie podlegając woli, doli i kontroli twórcy.

Na razie jest radość. I palące w plecy promienie lipcowego słońca, ugryzienia komarów, spuchnięte opuszki palców, zdrętwiałe od godzinnego stania na drabinie ciała, paski białej ligniny wypełniające coraz szczelniej rysunek kory dębu. Na razie jest uśmiech do obiektywu aparatu. I jest młodość. Co będzie, zobaczymy.

Izabela Fietkiewicz-Paszek

LIMERYKI PLENEROWE – 12 LIPCA 2010

1. Limeryk na Pana Komisarza

Pan Komisarz, co w Rogowie miał zadanie

zapanować ponad twórczym zamieszaniem

towarzystwa mocno szemranego,

długo zbierał się do tego.

Więc się twórcy twórczo zajęli hulaniem.

2. Limeryk na Papierowy Balon

Raz w Rogowie pod Opolem na plenerze

Pan Komisarz wpadł na pomysł, by w papierze

tworzyć balon, co poleci hen hen,

Wszystkim się podobał pomysł ten.

Balon syknął: niech latają. Ja poleżę.

3. Limeryk na jednego Pana Poetę

Pan Poeta, co w Rogowie na plenerze

miał napisać piękne wiersze na papierze,

najpierw zwiedził zakład w Krapkowicach,

gdzie od smrodu nos zatykał

Szybko wrócił do pisania w komputerze.

4. Limeryk na drugiego Pana Poetę

Pan Poeta, co miał tworzyć pod Rogowem

piękne wiersze o tytule „papierowe”,

z wielką pasją szukał weny w płynie.

Jutro mu ból głowy minie,

lecz zostanie nowy tytuł: „wyskokowe”.

5. Limeryk na cztery Panie Plastyczki

Przyjechały przyjaciółki do Rogowa

mając zamiar coś ładnego tu malować,

a że klimat dobrze sprzyjał wenie,

tak im sprawnie szło tworzenie

– zapomniały, by raz po raz zanocować.

6. Limeryk na Pana Rzeźbiarza

Raz Pan Rzeźbiarz, co się udał do Rogowa,

by w podzamczu nad papierem popracować,

zszywał karton nazbyt grubą nicią,

więc mu na to numer wyciął

Pan Komisarz – szelma dzieło skrytykował.

7. Limeryk na Młodego Plastyka

Raz przyjechał Młody Plastyk do Rogowa.

Niewiadomo, czym się żywił, gdzie nocował.

W dzień niewinny, gotów do rozmowy,

grzeczny, ładny – prawie nowy.

Nikt nie wiedział, gdzie nocami się dekował.

8. Limeryk na Panią Poetkę

Raz poetka, co przybyła do Rogowa,

z pięknym planem, aby słowem coś zmalować,

rozstawiła na artystów wnyki.

Wpadli hurtem w limeryki.

Teraz się poetka między wiersze chowa.