Jolanta Szwarc o tomiku „Sonet. Spętanie”

(…) Nic w tym tomiku poetyckim nie jest przypadkowe. Autorzy zamieszczonych w nim utworów z dużą ciekawością przyglądają się formie sonetu. Co można zmienić, czego nie powinno się ruszać, do czego może posłużyć. Poetka wpadła na pomysł, że napisze cykl sonetów, który będzie miał troszkę z wieńca, a tak w ogóle złoży się na poemat. Poemat będzie więc sumą siedmiu sonetów i wiersza „Tu więcej zostawili po sobie niż mieli” zbudowanego z sześciu czterowersowych strof z niedokładnymi rymami okalającymi.

O kanale Babinka tak pisze Bogumił M. Kunicki w „Balladach kaliskich”. „Ale największe i najtragiczniejsze zmiany nastąpiły tu podczas ostatniej okupacji. Zamuloną i od lat stanowiącą przedmiot narzekań władz miejskich Babinkę zasypano używając do tego między innymi… książek polskich oraz żydowskich ze zbiorów bibliotecznych miasta! Tym sposobem zlikwidowano szpetny i cuchnący kanał, ale i zrealizowano okrutny plan wyniszczenia dorobku literackiego i kulturalnego całych pokoleń.”

Do tamtych czasów w swoich utworach powraca poetka, bo Kalisz opowiada, przypomina, skłania do refleksji. I trzeba było krzyczeć, zrobić coś, zatrzymać, / ale się nie dało. Ściana (może szyba?) / zagłuszyła wołania, choć do dziś nie milknę. //  Miasto po was zarosło. Trzeba nasłuchiwać, / czy świat gdzieś czasem nie drży, gdzieś go nie rozrywa. / I odnaleźć to miejsce, położyć się i krzyczeć. Tak było, jest i będzie. Nie wierzę, by coś się zmieniło, świat stale drży, a najgorsze jest to, że nie trzeba nasłuchiwać, prawie wszystko doskonale słychać, tylko co z tego, już nikt naszego krzyku się nie lęka.

Saro, Icku, Rachelo, dziś już bez imienia, / miasto po was zarosło, Trzeba nasłuchiwać, / czy świat gdzieś czasem nie drży, gdzieś go nie rozrywa – powtarza po poprzednim następny sonet i zachęca do wyjścia z ukrycia – U nas jest już bezpiecznie, // możecie wyjść do światła, porzucić zawilgłe / piwnice, szafy, strychy, znów odnaleźć siłę / i drogę, już możecie wrócić tu, na ziemię. Kolejny utwór kontynuuje tę myśl. Zapewnia, że teraz już się poukładało, że och, ach, otwarcie ramion, a ja nie bardzo wierzę, coraz więcej we mnie zwątpienia. Miasta jak miasta – żyją bieżącymi dniami, latami. Była synagoga dla ćwiczenia ducha, potem pływalnia dla rozwoju ciała. Pamiętam w innej synagodze skup owoców i warzyw jakże potrzebnych w procesie karmienia. Teraz po odnowieniu biblioteka karmi umysły potomków sąsiadów tych, którzy wyjechali do Chełmna nad Nerem i milczą uparcie. Wieczny im odpoczynek, bo Kadiszu nie znam. A synagoga jest, stoi, inna niż w Kaliszu, która unosi się w chmurach, bo jej miejsce bank zajął i czerpie korzyści z obrotu i procentów. Jeszcze są widoczne ślady po tamtych mieszkańcach. Para zakochanych Mojsze Zacharowicza unosi się nad miastem lub skrzypek na dachu propaguję zasiewa chociażby dźwiękami – niech wiatr niesie diasporę do wzrostu.

Tak to jest. Cuchnąca Babinka przyciąga mądrością. Nałykała się książek, z niej teraz poemat daje się wyciągnąć, jak z chińskich ziół treści. Sporo w nich goryczy, a jednak pociąga. Liście wodą zalane nabrzmiewają, pokazują jakąś część prawdy o roślinie, która żyła, a teraz zamknięta w torebkach służy człowiekowi, odnawia pamięć smaku, nic nie mówiąc o krzewie. Zamyka się „Pętla” dedykowana Annie Bikont. Dedykacja znacząca. Zamyślić się można istarać się uparcie / rozrywać tkanki miasta, bez przerwy doglądać, // by nigdy nie zarosły, nie dać się zabliźnić / ziemi, ludziom, pamięci po to, żeby dojść do prawdy. I odnaleźć to miejsce, położyć się i krzyczeć. (…)

Jolanta Szwarc, Latarnia Morska, kwiecień 2016

czytaj całą recenzję