Teresa Rudowicz

Nie ma pytań pilniejszych od pytań naiwnych.

Teresa Rudowicz o wierszach Roszkowskiego, Fietkiewicz i innych

O Kulkach rtęci Wojciecha Roszkowskiego i innych wierszach.

Zabawa „żywym srebrem” zawsze jest niebezpieczna. Kulki rtęci fascynują jednak, niepokoją, budzą lęk i trwogę (jak śmierć!). Zmieniające kształty dzielące się i łączące na naszych oczach kulki, poruszają się, żyją. Życie i śmierć zawsze istnieją wspólnie. Nie ma życia bez śmierci i nie ma śmierci bez życia. Świadomość śmierci to chwila, w której – za Heideggerem – bycie ujawnia trwogę. Trwoga z kolei zatrzymuje potok mowy, wywołuje milczenie, w którym ujawnia się prześwit, domniemanie pierwotnych bytów. Egzystencja człowieka jest lękiem przed śmiercią, ale tylko człowiek (jedynie on!) jako „pasterz bycia” może zbliżyć się do prawdy, bezpiecznie wstąpić w „otwarte”. Pewnie dlatego tak często wymyka się rozumowemu poznaniu, balansuje na cieniutkiej linie pomiędzy TU i TAM. Pomiędzy tym, co jawne, dostępne zmysłom, a tym, co tajemnicze, dostępne jedynie przeczuciu, intuicji, wierze. W owym zwrocie istotną rolę odgrywa słowo. Nie jest to oczywiście jak podaje Paweł Mościcki – „logos obliczalnego rozumu, lecz powiadanie poety, który w wierszu nastraja swoje bycie na prześwit prawdy. Ten pierwotny wymiar słowa, który pobrzmiewa w poezji godnej w pełni tego miana, jest właściwym Otwarciem świata”. Taką poezję odnalazłam w tomie Wojciecha Roszkowskiego pt. „Kulki rtęci” (nagroda główna w IV Ogólnopolskim konkursie na autorską książkę literacką – Świdnica 2011). Zaiste piękna to książka, także edytorsko. Wystarczy przeczytać raz, by wniknęła w krwioobieg, zaniepokoiła, zawłaszczyła, by po niej każde przeczytane słowo wydało się miałkie. „Kulki rtęci”zachwycają od pierwszego do ostatniego wiersza, każą wracać, po dreszcz, którego nie sposób nie poczuć, zaglądając w zakamarki, tajne, pilnie strzeżone sekrety, w lęk, oddalenie, samotność, śmierć. Osobny, niezwykle sugestywny język wierszy, otwiera kolejne kręgi, zatrzymuje klisza po kliszy uchwycone drżenia, poruszenia i przeczucia. Bardzo rzadko przyjmuję tomik w całości, a podobnego uczucia towarzyszącego obcowaniu ze słowem doznałam tylko dwa razy, podczas lektury „Ciemni” Natalii de Barbaro i „Portretu niesymetrycznego” Izabeli Fietkiewicz-Paszek. Tom Roszkowskiego wpisuje się w poetykę obu wymienionych książek, dlatego pozwolę sobie, zestawić wiersze trojga autorów. Poezja Roszkowskiego jest wielokrotnie wieloraka, gęsta od sensów i znaczeń. O wszystkich napisać niepodobna, pójdę więc motywem tzw. rzeczy ostatecznych. Greckie „eschata” pojawiają się tutaj w kontekście utrat, poszukiwaniu sensu śmierci w sensie życia naszych przodków, nas samych i kolejnych pokoleń. Motyw koła, boska wieczność jako okrąg o nieskończonym obwodzie. „Cokolwiek jest w jakiejkolwiek części czasu, współistnieje równocześnie z wiecznym”– poeta zdaje się powtarzać za św. Tomaszem.

Porusza się po okręgu, jego logorea nie ma początku ani końca. Miasto przechodzi w miasto, wczoraj w jutro, my w innych nas. Niezwykły jest wiersz „Replika”, opatrzony mottem „pytaj, mała kasiu”. Temat życia po śmierci, obecny w dziecięcych pytaniach, wymaga od nas, dorosłych, bardzo wiele. Roszkowski w fenomenalny sposób rozprawia się z tym, co potem, wpisując los, swój i dziecka, w boski okrąg – „trzeba zachować płyty. cierpliwie zbierane notatki, bo ważna/ jest pamięć i to, co pod progiem. później nagramy raz jeszcze,/ żeby się odtwarzać. jak teraz, popatrz na tych dziadków -/ to my, w starym kinie. (replika)

Podobną rozmowę odbywa z synem Izabela Fietkiewicz-Paszek w wierszu „ Skoro wszechświat się kurczy, to gdzie my się wszyscy podziejemy? Ona nie ma jednak gotowej odpowiedzi. Sama wątpi i pyta. Przede wszystkim jednak chce zrozumieć „porządek” wyboru, którym kieruje się Opatrzność, czymkolwiek by nie była.

„ Kiedy mój sześcioletni syn czekał/ na odpowiedź w sprawie,/ czy to nie kłamstwo/ z tym życiem wiecznym,/ pomyślałam, że eschatologia to nic,/ tylko ciągnięcie zapałek.

Świadomi skończoności naszych bliskich, nas samych, nie godzimy się z utratą. Nieraz „przerabiamy” ją latami. Odczuwamy boleśnie prawdę o braku kogoś, kto ciągle pojawia się w sprzętach, ulubionym kocu, powietrzu nadal skaleczonym obecnością. „Wciąż się pojawiasz pod postacią braku./ W snach negocjujemy, jak bardzo nie żyjesz:/ ostatnio ustępuję. Rano ronię popiół.// Powiedz tej ręce, która ciągle trzyma/ pod wodą moją głowę: wiem, że tak ma być.” – pisze Natalia de Barbaro i dodaje – „patrz z daleka: też na to, do czego ci blisko”. To niezwykle mądra lekcja, ale czy wykonalna? Słowa nie zdołają zamknąć, uchwycić w kadrze kartki, wahań, rozterek, rozdwojeń i wielowcieleń. Wypowiadane pewnie, starannie dobierane, świadome swojej mocy, trafiają celnie, w sam środek, zdzierają skórę, warstwa po warstwie, do zdrowej tkanki, do rdzenia. Tak jest w wierszu „Bliźniaczka”, w którym Roszkowski „oddaje” wierszowi siostrę – „któregoś dnia zgubiła mi się siostra, dlatego piszę do ciebie list./ nie patrz teraz przez ramię na smugi w szybach, gdzie przed chwilą/ pojawił się zarys postaci. na wszelki wypadek nie czytaj raz jeszcze./ to we mnie ona przechodzi wciąż przez ciała szkliste do świateł.”

Słowa „zaczyna się jesień” dla każdego znaczą coś innego. Dla Wojciecha Roszkowskiego to początek „nowego”, wyrosłego na śmiertelnym podłożu. Jesień zaczyna się śmiercią Piotra, który jeszcze „czeka na transport. leży obok, w brudowniku, przykryty/ obsikanym szpitalnym prześcieradłem, niczym żaglem/ obwisłym na wystających kościach. w czterech ścianach flauta.// to dobrze, że nie wczoraj. zdążyłem wygrać w oko. teraz przyda się/ bluza, paczka papierosów. jeszcze tylko do jutra, nic tu po mnie.// (Brudownik)

Jesień, to także początek czegoś, co dopiero przeczuwane i niepewne, rodzi się pomiędzy podmiotem lirycznym a śliczną pielegniarką. Ona „boi się sama wejść do środka, odłożyć/ pościel do prania. (tamże). On proponuje „coś za coś”. Wejdzie z nią do brudownika w zamian za spacer i kawę.

Słowami „zaczyna się jesień” kończy się także wiersz Izabeli Fietkiewicz-Paszek pt. „Wleń”. Poetka nawiązując do morderstwa Dorothei Rohrbeck (czytaj Roorbek), osieroconej córki właścicieli pałacu Schloss Kleppelsdorf, tworzy opowieść utkaną zaszyfrowanymi aluzjami po to żeby ukazać inną rzeczywistość. Tu każde słowo, podczas gdy pokazuje jedną rzecz, jednocześnie odsyła do innej. Przeszłość jest mostem do TERAZ, do bliskości, wspólnego bycia w miejscu niezwykłym i tajemniczym.

„Sowie gniazdo na świerku i czerwone buki/ wypełniają uwagę. Mgła okleja krajobraz, pozwalam jej osiadać/ na języku. Mówisz, że jestem jak dziecko. Między dzieciństwem/ a resztą życia jest jakaś niepisana umowa. (…) Chwytanie twojej dłoni, duchów, mgły;/ amortyzuję dorosłość (Faust puszcza oko). Miało być o pałacu,/ morderstwie, ogrodzie. Znów jest o nas. (…)”

Co kieruje naszym życiem, jaka siła sprawcza nadaje ruch i kierunek? Przypadek? Fatum? Niesforny los, który „kiedy się nudzi bawi się dźwigniami zwodzonych mostów” – jak chce Natalia de Barbaro. Dociekamy do sedna, rozkładamy na komórki, atomy, pierwiastki, by stwierdzić – „to kończy się opadaniem ciała i plamami” (Uniwersum). Co pozostaje? Szare pudełko, którego otworzyć już niepodobna.// w nim równo przycięta grzywka; konik, nie konik/ kucyk. (recykling)

Teresa Rudowicz

kwartalnik sZAFa, nr 42/2012