Maciej Dobrzański, Rzecz o sonetach [o książce Próby wyjścia]

Maciej Dobrzański, Próby wyjścia – Rzecz o sonetach

Skupiona i spokojna. Siedząca w zaciszu holu pewnego hotelu, pochylona nad laptopem. Taki obraz Izy Fietkiewicz-Paszek utkwił mi w głowie. Pamiętam, że patrząc na nią, pracującą – jak sądzę – nad jednym ze swoich sonetów, pomyślałem, że jest w tym jej obrazie dużo skromności i luzu. Czy wtedy przyszło mi do głowy, że patrzę na jedną z najlepszych polskich poetek? Oczywiście nie, wówczas, gdy tamtego lata przyjechała na plener poetycki do Rogowa, nie miałem pojęcia o istnieniu kogoś takiego.

Gdy jednak któregoś dnia przybiegł do mnie Bartek Sadliński (dla niewtajemniczonych – młody prudnicki poeta) i oznajmił, że owa nowo przybyła poetka „pisze wiersze do obrazów” Zdzisława Beksińskiego nie mogłem przejść obok tego faktu obojętnie. Beksiński fascynuje mnie od dawna i – jak się okazało – zafascynowały mnie również sonety będące swoistymi objaśnieniami – rzecz jasna w subiektywnym wydaniu – do jego dzieł.

W najnowszej książce Izy (dedykowanej synowi) nie znajdziemy ich wprawdzie wiele (mamy tu dziewięć tekstów o tej tematyce), ale te, które są – powalają. Nie tylko zresztą one. Cała reszta budzi szacunek i autentycznie olśniewa. Tak, chyba nigdy jeszcze nie pisałem w ten sposób o poezji. Chyba nigdy nie siadałem do recenzji z myślą o tym, że nie dostrzegam w przeczytanym zbiorze żadnych uchybień. Po prostu perfekcja. Nazywajcie to sobie nawet lizaniem tyłka – po prostu wreszcie trafiłem na współczesnego poetę, który do mnie przemawia, który w swoich tekstach zawiera kwintesencję tego, jak powinien wyglądać doskonały współczesny wiersz. Przejdźmy do konkretów.

Tomik „Próby wyjścia” wydany przez Zaułek Wydawniczy Pomyłka jest palce lizać nawet bez wgłębiania się w jego treść. Kartki śliskie, błyszczące, do tego porcja kolorowych reprodukcji intrygujących obrazów. Grubość też przyzwoita – nie za dużo tego, nie za mało. A o co w tym wszystkim chodzi? Otóż poetka postanowiła podjąć dialog z dziełami kilku artystów. Nie tylko zresztą malarzy, bo jak inaczej określić próbę odniesienia się do wierszy Stanisława Grochowiaka napisanych pod wrażeniem „Lekcji anatomii” Rembrandta? Przede wszystkim jednak malarze. Co my tu mamy? Jest Beksiński (mogę się założyć, że Iza trzyma w zanadrzu więcej tekstów związanych z jego twórczością, niż to, co zaserwowano nam w „Próbach wyjścia”), po nim następują Frida Kahlo, Chagall, Rembrandt, Bellini, Bosch, Jarosław Wójcik, Anna i Kazimierz Sita. Warto dodać, że poszczególne serie tekstów oddzielone są od reszty sentencjami pochodzącymi bezpośrednio z wierszy autorki. Te zaś na pierwszych stronach zbioru poprzedzone są wstępem niezniszczalnego Karola Maliszewskiego (swoją drogą i przy całym szacunku – czy nie mamy w Polszcze innych komentatorów poezji?).

Pytam się siebie w duchu co skłoniło Izę do pisania „pod obrazy”. Osobiście nie potrafiłbym w ten sposób wyżywać się poetycko. U niej natomiast widać polot i swobodę. Widać, że autorka „Portretu niesymetrycznego” czuje to, co robi; chyba usiłuję tu powiedzieć, że odnosząc się do dzieł malarskich, które przecież przekazują coś konkretnego (a przynajmniej te, które poetka wzięła na tapetę takie właśnie są), Iza robi to w sposób tak przekonujący, jakby pisała o swoich własnych przeżyciach. Tak więc wczucie się w zamysł malarza odgrywa tu rolę decydującą. Wczucie tak dobitne, że czytając ma się pewność idealnego odczytania przez kaliszankę jego zamiarów. („O twarzy nic – jakby w niej początek tabu./ Z bliska dobrze widać pod lewym ramieniem/ wtulonego psa czy inne stworzenie/ (nic tu nie jest pewne – może oprócz śladu/ czułości) (…)). Jeśli obrazy przekazują emocje, to wiersze Izy odrywają te emocje od płótna, oddzielają od farby i materializują w słowach. Zaznaczam – to nie jest pieprzenie młodego poety zafascynowanego pisarstwem starszej koleżanki. Takie po prostu są te wiersze. Magiczne.

To wszystko powyżej nie oznacza rzecz jasna, że Iza Fietkiewicz odstawiła na bok ambicje swoich osobistych doświadczeń.

W pewnym momencie, a dokładnie od wiersza zatytułowanego „Pocztówka znad morza: wyjazd” zaczyna się nieco inna opowieść – nadal utrzymana w rygorze sonetu, ale jakby bardziej swojska, z całym pozytywnym bagażem skojarzeń, jaki niesie za sobą to słowo (obrazy towarzyszą nam jednak nadal, choć teksty nie pokrywają się w tej części z nimi, to grafiki funkcjonują tu na zasadzie muzyki towarzyszącej obrazowi filmowemu). Odkrywam tu atmosferę poprzedniej książki autorki – debiutanckiego „Portretu niesymetrycznego”. Ten sam język, ta sama wrażliwość, a wrażenie wzmocnione dodatkowo świetnie spełnionymi wymaganiami wiersza sylabicznego. Iza-poetka w takiej formie może spokojnie stawać w szranki z najlepszymi naszego polskiego światka poezji – od Różyckiego począwszy. Warto tu zresztą odnieść się do kwestii funkcjonowania czegoś takiego jak wiersz klasyczny. Iza potrafi połączyć ze sobą wszystko to, co najlepsze w tego typu pisaninie – a więc śpiewność i rytmiczność z tym, co najlepsze w bardziej współczesnym, czy tez modnym obecnie sposobie pisania. Są więc to teksty o rytmie wyczuwalnym, ale nie irytującym (Boże uchroń!), o znakomitych rymach i treści, w której doskonale wyczuć można poszczególne emocje, a która jednocześnie nie krzyczy do nas głosem gwałconego przez życiowe próby osobnika. W tym sensie Iza zbliża się nieco do modelu poezji preferowanego niegdyś przez nieszufladę, ale nie przestaje być poetką wrażliwą, ba, nie przestaje być człowiekiem, który gdy boli, potrafi się do tego przyznać i napisać to wprost („Nakładam sekwencje. Powinnam to wiedzieć:/nie wraca się w miejsca oznaczone strachem,/nie wolno przeoczyć pulsujących świateł,/ignorować przeczuć, znaków, czy ostrzeżeń (…)”). W tej części zbioru rzuca się w oczy fakt, iż prezentowane opisy są tak szczegółowe, że tez problemu można byłoby przełożyć je na płótno. W ogóle zasób słów jest godny pozazdroszczenia. Nie ma tu pójścia na łatwiznę. Łatwizna – to w ogóle słowo obce tej poezji. Nie chcę przez to powiedzieć, że poetka nie dostrzega uroków życia, są momenty przepełnione spokojem („Operacja słońce. Od kiedy pamiętam,/ zawsze po mistrzowsku grało moim ciałem./ Topografie barów od lat znam na pamięć/ i drogę do plaży, która ostro skręca (…)”, „Uwierzyłam w powrót: na wstecznym o świcie/zostawiam wybrzeże. Chwilę przed podróżą/jeszcze szybkie zdjęcie, by przemycić urok/ostatniego wschodu (nic, że trąci kiczem (…)”, „Później już bezpiecznie/można tu migrować, wnikać pod powierzchnię/prywatnego kodu. W peryferie światła”), ale jednak gdzieś tam w oddali, w tle, odnajdujemy coś, co można by chyba określić mianem egzystencjalnego lęku. Niekiedy zresztą autorka nie określa wprost istoty problemu, a jedynie go sygnalizuje („Objąć się i: razem zadeptywać fale,/ przeganiać je – śmiechem – skutecznie wygłuszać/ zleżałe pod progiem nieznośne przeczucia,/ledwo namacalne pod podszewką zdarzeń (…)”; wyczuwa się strach o drugiego, zapewne bliskiego człowieka. Sądzę, że nie będzie nadużyciem uznać tą część opisywanego zbioru jako nieco melancholijną lub – co chyba bardziej trafne – sentymentalną. W przedziwny sposób mieszają się tu ze sobą uczucia i obrazy, swoją obecnością w konkretnych miejscach Iza-człowiek niejako je oznacza, choć wyraźnie wyodrębnia się jej indywidualizm – jest w danym miejscu jedynie przejściowo, tak naprawdę wszystko co istotne rozgrywa się wewnątrz, w głowie, z której nie ma ucieczki. Mówiąc inaczej, prędzej czy później dochodzimy do wniosku, że kwestie ostateczne – jakkolwiek patetycznie to brzmi – stanowią

o sile tych tekstów. Pięknie jest nie pisać wprost, ale poprzez szczegół (od którego się tu roi) odkrywać emocjonalne tło. Pięknie, gdy nie próbujemy na siłę wyrażać tego, co niewyrażalne. Iza się nie sili, a ponadto jest w tym co robi nadzwyczaj naturalna i skromna, po lekturze zbioru przychodzi człowiekowi do głowy myśl, że cała ta poezja to tylko dodatek do życia, jego smaczek, coś, czym nie warto się dławić. To nie jest życiopisanie, to po prostu pisanie o życiu. Że cholernie dobre, to już zupełnie inna sprawa. W „Próbach wyjścia” nie ma też mowy o rozdźwięku między wierszami osobistymi, niosącymi na sobie oddech indywidualnych przeżyć autora (jakoś nie wierzę, by w tych tekstach poetka fantazjowała – podmiot wiersza pokrywa się jednak najczęściej z jego autorem – ot, kolejna poetycka prawda, którą nie każdy chce przyjąć), a tymi, w których autorka stara się odnieść do dzieł mistrzów pędzla. Sprawy ostateczne znów się tu uaktywniają („Wszystko tu czytelne: są śmierci przydrożne/ markujące skały, prosta, wąska droga,/przytłumione światło, fragment nieba w brązach,/ żadnej bocznej ścieżki – zmysły niezawodnie/rozpoznają teren (…)”), tyle, że tym razem są esencją tych tekstów poprzez taki a nie inny dobór dzieł. I o ile w przypadku Beksińskiego można w miarę swobodnie bawić się interpretacjami, o tyle – dla przykładu – „Raj” według Boscha, stawia poprzeczkę znacznie wyżej. Pisać na zadany temat to sztuka, pisać tak lekko, jak robi to redaktorka „Migotań, Przejaśnień” jest swego rodzaju mistrzostwem. Nie być w tym naiwnym – to już arcymistrzostwo. Jest też w poezji kaliszanki pewien charakterystyczny rys, który także stanowi o jej sile. A mianowicie – jest ona na swój sposób uniwersalna – takie wiersze mógłby równie dobrze napisać mężczyzna. Nie mam nic do poezji kobiecej (o ile taka w ogóle istnieje), nie mam nic do kobiecego idiomu (taki z pewnością istnieje), ale urzeka mnie fakt, iż w pierwszej kolejności wypowiada się tu człowiek – prawdziwy, z całą paletą swojej wrażliwości.

Cóż, już taki jestem, że polska poezja współczesna pisana przez autorów młodego i średniego

pokolenia jakoś do mnie nie przemawia. Mam swojego góru (Rafał Wojaczek), mam swoich mistrzów, jak Różycki czy Podsiadło, czasem zdarzy mi się zachwycić kimś zupełnie nowym, że przytoczę tu przykład Sławomira Elsnera. Iza Fietkiweicz-Paszek dołącza do grona tych moich poetyckich ikon. Swoją drogą – ciekawe, jaką byłaby malarką?

Izabela Fietkiewicz-Paszek, „Próby wyjścia”, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, Szczecin 2011

 

 

Maciek Dobrzański

Kwartalnik, nr 2/2011 październik 2011