Trzymaj się i nie mów nikomu, czyli ku dwóm wierszom Jerzego Suchanka [w: praca zbiorowa pod redakcją M. Kisiela „Dlaczego Suchanek? Spojrzenia i interpretacje”, 2011]

Jerzy Suchanek, Średni i Bumcykcyk – pdf 

Trzymaj się i nie mów nikomu, czyli ku dwóm wierszom Jerzego Suchanka

            Jerzy Suchanek jest świadomy niedojrzałości języka i jego nieustannego bycia w drodze Ku; a ponieważ język nie znosi stagnacji, jest ciągłym próbowaniem – pozwala mu być w ruchu, krążyć, szukać, a w tym poszukiwaniu niekiedy ryzykownie balansować, ocierać się o groteskę, wymykać konwencjom. Wiedza opiera się przecież o pewien (na danym etapie) zamknięty paradygmat i dopiero, gdy paradygmat się wyczerpuje bądź gdy ktoś go przełamuje, otwiera się horyzont i można sięgać dalej, można zmierzać KU. Ta poezja demontuje schematy, a w tych poszukiwaniach – można powiedzieć jak Bogdan Zadura w „Małych muzeach” – sprawdza się na wszystkich piętrach znaczeń.[1]

            Średni i Bumcykcyk prowadzą nas po korytarzach zaskakujących, nakładających się na siebie asocjacji, po spiralach znaczeń, niepokojących wielopiętrowych konceptach, po przewrotnych inspiracjach. Zabawa słowem, rymem, rytmem, tempem, brzmieniem, gra na wieloznacznościach, rozciąganie denotacji słów, zaskakujące rozbiórki stałych związków frazeologicznych – zachwycają. Cała ta awantura języka nie toczy się jednak dla zabawy, nie służy jałowemu uwikłaniu nas w zakamarki logiki. Jest doskonale użytym narzędziem do przekroczenia granic języka i wykreowania w poetyckiej materii nowego świata, a jednocześnie polem do pogłębionej refleksji nad siłą i wektorem międzypokoleniowych więzi oraz do historiozoficznych rozważań nad tradycją – zarówno jako wartością, jak i antywartością.

Średni, czyli jak trzymając się upaść

            Dlaczego Średni? Czy to uśredniony czy raczej wyrównany do szeregu? A może to średnie dziecko? Przecież w wierszu jest mowa i o starszym bracie, i o młodszej siostrze. Średnie dziecko, czyli takie, którego pozycja nie wiąże się z żadnymi korzyściami – nie ma swobody i praw najstarszego ani przywilejów najmłodszego. Średnie, czyli ani starsze, ani młodsze, czyli nijakie, a przez to przeważnie obdarzone problemem z wyrysowaniem własnego obrazu i z właściwą samooceną. Czy to będzie jakiś klucz (jeden z wielu w pokaźnym pęku) do rozbiórki wiersza?

            Tekst zaczyna się rodzinną scenką na wsi wczesnego PRL-u (ołówek kopiowy, wykładzina z ebonitu, radioodbiornik przy uchu). Zaczyna się zwrotem, który okaże się lajtmotivem, podobnie nośnym jak fraza nie mów nikomu w wierszu Bymcykcyk, i będzie powtarzany niczym mantra aż po ostatnie wersy: trzymaj się. Rada opiekuńczego ojca dbającego o bezpieczną zabawę syna: trzymaj się, mówił ojciec, gdy wsadzał go na / barana. Wytyczna na życie z gwarancją, że w ojcu zawsze jest oparcie: trzymaj się, trzymaj, wołał / ojciec, trzymaj się mnie. Ale także pełne lęku trzymaj się, drżała matka, trzymaj domu, stołu; czy wreszcie dramatyczne trzy, trzymaj się, trzy, trzy razy się / trzymaj, stękał dziadek, prowadzące myśl w kierunku Piotra, który trzykrotnie wyparł się Mistrza. Trzymaj się – wiele razy jeszcze powtórzone w kolejnych miejscach wiersza, momentach życia średniego, odsłonach historii rodzinnej – to rusztowanie tekstu,które spina w całość odległe punkty życiorysu bohatera i spełnia funkcję refrenu, powracającego niezależnie od okoliczności, politycznej aury czy układu sił w rodzinnej mozaice.

            Realia opisywanego świata zmieniają się jak kontekst wezwania trzymaj się: niepostrzeżenie, ale jednoznacznie i nieodwracalnie. Jednak sielankowy obraz, który wyłania się na początku wiersza (baran beczał, krówka muczała, i mleko / dawała), szczęście i spokój rozwieszone gdzieś między domem, rodziną, okolicą – może uśpić czytelniczą czujność. Czujność śpi w kolejnych wersach, w scenach niczym z opowieści wozaka parku konnego z „Wolnej soboty” Leszka Staronia: trzymaj się, trzymaj, wołał / ojciec, trzymaj się mnie, biegli, baty pijanych / furmanów cięły niebo do białości lub przy młodzieńczo-polucyjnym trzym się, trzym, krzyczał starszy brat i budził / go ze snu, z lepkiego snu.

            Ale czujność powinna się już lekko ocknąć, gdy kołysało się, łopotało, mnóstwo, całe / mnóstwo naokoło (1 maja? 22 lipca?). Podobnie, kiedy szeptała matka i zawiązywała mu ból na głowie / mokrą chustką (ludowa medycyna? Może. Ale niekoniecznie. „Ból w głowie” czy „ból głowy”, szczególnie spowodowany gorączką, można próbować uśmierzyć mokrą chustką, ale czemu ma służyć „zawiązywanie chustką bólu na głowie”? To prawie jak „ozdabianie głowy bólem” albo zawiązywanie, „żeby nie uciekł”).

            W każdym razie czujność na dobre przebudzi się przy kolejnym nawrocie frazy trzymaj się, tym razem skierowanej w mniej radosną i swobodną stronę: trzymaj się, trzymaj synku, / śpiewała babcia, bo wytrzeszczał oczy, żeby nie / rozszczelniły się od pisków, trzasków, prasków, / wrzasków i zapachu ciepłego ebonitu, który / szczypał w ucho przy radioodbiorniku. Trzymaj się czyli bądź dzielny i trzymaj pion? Nie ugnij się i nie daj uwieść temu, co łopotało? Ucho przy skrzeczącym od zakłóceń radioodbiorniku to ucho nastawione na głos Wolnej Europy. W rzeczywistości, w której rude / lisy grasowały w kurniku, obok piszczały króliki / w klatkach, należało dołożyć starań, by nie dać się skusić, moralnie skorumpować i przeciągnąć na ową lisią stronę – ani nie stchórzyć i nie dać się przeciągnąć na konformistyczną króliczą stronę. Trzeba było ostrożnie przykładać ucho do radioodbiornika, czerpać wiedzę o tym, co dzieje się gdzieindziej, czyli za żelazną kurtyną, ale jednocześnie słuchać babci, która pamiętała tzw. inne czasy i przekazywała wiedzę o tym, co działo się kiedyś, a więc przed żelazną kurtyną. Trzymaj się, drżała matka, trzymaj domu, stołu – nastawiając ucho na głos ze świata należało jednocześnie zahaczyć kotwicę o to, co pewne, o stałe wartości. Dom – nie M-5 w bloku z wielkiej płyty, ale dom z prawdziwego zdarzenia; stół – nie tandetna ława do kompletu z meblościanką, a porządny stół. Tego się trzymać. To wskazówka istotna, szczególnie, kiedy z upływem czasu beztroskie trzymaj się, trzymaj, matka się śmiała uległo przemianie w niepokojące trzymaj się, drżała matka, radosne kołysało się, łopotało, mnóstwo, całe / mnóstwo naokoło w złowieszcze mnóstwo na około się wywróciło i wstało mało, a bohater stoi wobec tych zmian już wiedząc: Czas to las. Las to czas. / Dla nas jest raz.

            Mocnym akcentem na drodze młodego człowieka do określenia własnej tożsamości i roli społecznej (a pamiętamy, że średniemu przychodzi to – już z samej jego natury – szczególnie trudno) jest apel: miej czelność, badylku, nie rosnąć / między czczoną szczelnością, a czczą szczeliną, gdzie przerzutnia wyjątkowo dobitnie służy suspensowi kompletnie zmieniającemu sens pierwszego wersu. Miej czelność, badylku, nie rosnąć. Trudno się oprzeć ciągowi skojarzeń wiodącemu gdzieś na tyły krainy Piotrusia Pana, Oskara Matzeratha i wreszcie gombrowiczowskiego Józia. Ale tu bohater jest nakłaniany do ocalenia w sobie infantylności, niedojrzałości i tego swoistego nieustalenia, które jest warunkiem (może algorytmem?) młodości i przynależnej jej niewinności. Okazuje się jednak, że za tą myślą czai się przerzutnia, kompletnie odwracająca wymowę zawołania: miej czelność, badylku, nie rosnąć / między czczoną szczelnością, a czczą szczeliną. I robi się poważnie. Mieć czelność (a to więcej niż mieć odwagę – to mieć tupet i determinację) nie rosnąć w świecie chorych wartości. Zachować czystość pomiędzy dwoma (aż trudnymi do wymówienia, czyli nienaturalnymi, pokrętnymi i nieprzyjaznymi) biegunami: czczoną szczelnością, a czczą szczeliną.

            Czy czczona szczelność to nie peerelowska rzeczywistość? Szczelna, hermetyczna, osadzona w ideologii i dogmatach, impregnowana na obce wpływy, odporna i oporna na nawet najbardziej naturalne procesy, które mogłyby zarysować monolit. Czy tylko? A czy pod ten opis nie podpada także kościół?

            A czcza szczelina? Czy to nie boczna ścieżka w – powiedzmy – wąwozie, która wydaje się być upragnionym ratunkiem, odnalezioną wreszcie alternatywą, szansą ucieczki, a tak naprawdę spotyka nas w miejscu i czasie niezależnym od naszej woli? Jak więc ta iluzoryczna szansa-szczelina ma się do kwestii wolności wyboru? Czy uciekając tą szczeliną, ciesząc się wolnością odszukaną w pęknięciu monolitu, nie słyszymy chichotu deterministów?

            Trzeba mieć w sobie wiele czelności, by pozostać badylkiem, odrzucić obydwa światy, nie rosnąć pomiędzy, nie wzrastać w ich kierunku. Czelność trzeba mieć w sobie nieustannie, ponieważ pełna zapadni rzeczywistość codziennie się na nas czai, ale i codziennie się zmienia.

Z czasem zmiany są znaczące. Z czasem ojciec puszcza rękę. I? Trzymaj się dzielnie i zdrowo, znów telefonował / ojciec. I mimo, że wciąż jest obecny, to jednak już z dystansu, mimo że przemawia tym samym trzymaj się, to czuć, że coraz bardziej kurtuazyjnie.

Polityczna wolność przyniosła na wielu piętrach życia możliwość wyboru, w tym np. możliwość emigracji, szybko jednak okazało się, że i wolność może być czczą szczeliną. Ojciec, dawniej bliski i troskliwy, dziś już nie pytał o starszego brata, o młodszą / siostrę, skupia się na karierze, ewentualnie (nie wiemy tego na pewno) żyje na emigracji i powoli oddala się od rodziny, w każdym razie wspinał się wciąż / na wyższe góry i widział gdzie indziej. Emocjonalne zobojętnienie, wycofanie, dotyczy i dotyka nie tylko ojca: matka / nie widziała, zapatrzona na wydłużające się / przekątne telewizorów. Stopa życiowa coraz wyższa, dóbr materialnych coraz więcej – te ostatecznie na tyle zasłaniają widoki na bliskich, że powoli puszczają więzy, zanikają wspólne obszary i każdy zaczyna żyć (i tym samym: przeżywać) sobie. W obliczu tej rozsypki średni. próbuje coś ocalić, trzymał się, trzymał / rąbka, kartki w kratkę, zapisanej kopiowym / ołówkiem, chwyta się więc tego, co zostało z bezpiecznych i beztroskich w oczach dziecka czasów, gdy ojciec wsadzał go na / barana, baran beczał, krówka muczała, opiera próby zachowania poczucia bezpieczeństwa na tym, co stanowi łącznik z kiedyś, czy to materialny (nawet jeśli to tylko „myślenie o przedmiotach” – kartka w kratkę zapisana kopiowym ołówkiem), czy choćby słowny (trzymaj się). Myśląc o materialnych stałych, o przedmiotach, których trzymamy się kurczowo (często jedynie – ich wyobrażeń), by zachować ustalone w kontakcie z nimi niematerialne wartości, trzeba mieć na uwadze, że przedmiot jest tym, co trwałe i stałe; konfiguracja – tym, co zmienne i nietrwałe.[2] Jeśli więc średni trzymał się domu, to dom sam w sobie mógł być wprawdzie dawnym domem, a jednak okoliczności się zmieniły, konfiguracje, czasy, relacje: mnóstwo na około się wywróciło i wstało mało, / a co mnóstwo zabrało, mało w cieniu trzymało, / żeby mnóstwo przetrzymało, więc zmienił się także aksjologiczny aspekt. Gdyby nawet to wszystko, czego średni próbuje się trzymać, uznać za summum bonum, za największe dobro, to trzyma się on jedynie iluzji.

Utrata kondycji moralnej nie omija samego średniego, który np. młodszą siostrę / ożenił z Australijczykiem, niestety tsunami / ją pochłonęło. Było, minęło. Niezbyt wiele emocji budzi w nim ten fakt: było, minęło. Lapidarnie i bez refleksji. Czy to pragmatyzm i sposób na bezbolesne trwanie, czy już moralne bankructwo?

Nasz bohater myślał, że nie / myślał o gorących uczynkach, że to uczynne / gorączki, jak wspinanie się na góry i przekątne / telewizorów. Ojciec pnie się w górę gubiąc po drodze wartości, których się dawniej kurczowo trzymał, i których trzymanie uczynił sensem i credo rodziny, matka tego gubienia nawet nie zauważa, skutecznie przekupiona coraz lepszymi modelami telewizorów – pytanie, czy ich metamorfozy, te gorące uczynki, na których nie dają się przyłapać, naprawdę można odczytać na zasadzie czeskiego błędu czy gry półsłówek jako uczynne gorączki? Każdy (średni) by się zgubił. I nasz średni się gubi. Wychodzi na to, że zakodował wygodną wykładnię ojcowskiego nakazu i myślał, że dobrze się trzymał, bo / się trzymał, nie puścił, nie pytał, nie sprzeciwił. Bierny i dopasowany zamknął oczy i chciał przejść przez bagna suchą nogą. Ostatecznie oczywiście musiał wpaść w etyczną pułapkę, nie dostrzegł bowiem, że postawa „nie robię nic złego” nie jest tożsama z „robię coś dobrego”.

Trzymać się to nie to samo co trzymać się z daleka (czczonej szczelności? czczej szczeliny?), trzymać się nie znaczy jedynie „nie opowiedzieć się za złem”, trzeba „opowiedzieć się przeciw złu”, a jeszcze lepiej „opowiedzieć się za dobrem”.  Jeśli naszbohater nie karmił ani sobą, ani nie sobą mnóstwa i mało, nie angażował się, tkwił – jak długo się dało – w iluzji neutralności.

Tak naprawdę jednak poprawność, letniość, średniość to idealny grunt dla zła. Przecież to wśród takich właśnie średnich – oczywiście serdecznych – przyjaciół psy zająca zjadły. Przecież to przy milczącej zgodzie Francji i Anglii i ich dobrych intencjach polityki „appeasement” na monachijskiej konferencji we wrześniu 1938 rozstrzygnięto losy Sudetów. Przecież cały świat dzielnie się trzymał wobec masakry w Srebrenicy w 1995. Przecież tzw. łapanka Vel' d’Hiv z 1942 roku czy w ogóle wywiezienie 76 tysięcy Żydów z Francji do obozu Auschwitz za reżimu Vichy też odbyło się na oczach „zwykłych” obywateli, ani antysemitów, ani zbrodniarzy. Wszyscy się jakoś trzymali. Byle wytrzymać do końca wojny. I niejeden pewnie mógłby pomyśleć, że przelatuje nad trzęsawiskiem, nad / bagniskiem, czysty, czyściutki i nie zjedzony. Czy na pewno?

Bumcykcyk, czyli garść dobrych rad na złe życie

            Nie mów nikomu, co wziąłeś z domu, synku. Takie entree do wiersza Bumcykcykmożna cynicznie, a przynajmniej prowokacyjnie, zdiagnozować jako apel o kłamstwo, o zamiatanie domowych brudów pod dywan, o zepchnięcie przeżytego w podświadomość, czyli frustracjorodny rejon. To przypuszczalnie także trop do robotniczych czy chłopskich domów w latach siedemdziesiątych XX wieku: zdanie jest zmodyfikowanym hasłem z popularnych wtedy makatek wieszanych na ścianach: Nie mówi nikomu, co się dzieje w domu.

            Otóż syn – wychodząc w świat – winien zostawić w domu rodzinne tajemnice. Prywatność, szczególnie jej co mroczniejsze akcenty, to nie towar eksportowy. Dzieje się w tej przestrodze jednak pewne „dalej”: a mówiąc, nie mów naszymi słowami. Trzeba przecież założyć, że syn nie zechce milczeć. I co wtedy? Wtedy powinien przynajmniej pamiętać o zasadzie nie mów naszymi słowami. Słowo jest rewersem desygnatu, język jest podszewką rzeczywistości, powiedziane i nazwane – bezapelacyjnie jest. Wobec tego, jeżeli syn nie będzie mówił naszymi słowami, jest szansa, że prawda wyjdzie, owszem, ale na łaskawszą dla nas. Jeśli chce się ukrywać nasze wartości, szczególnie należy wystrzegać się mówienia na zewnątrz naszym językiem, „językiem domowym”, tym wyjątkowym, unikatowym, pełnym niepowtarzalnych odcieni i subtelności. To tak jak trzymaj się, komunikat-nakaz stale obecny w rodzinie Średniego, który wyznaczał mu nie tylko życiowy azymut, ale i znacząco wpływał na kąt nachylenia i twardość moralnego kręgosłupa.

            Tyle o komunikacji ze światem. A w samej rodzinie? Czy potrzeba nam rozmowy? Czy potrzeba nam wiedzy o samych sobie? Sny zdrowie, choroba i pogoda, to wszystko, co matka chce wiedzieć. Komplet bezpiecznych tropów, dających kapitalny pozór dialogu, a tak naprawdę chroniących przed koniecznością mówienia o tym, co istotne. Choć w tej sekwencji neutralnych tematów jest przecież pułapka: sny. Te mówią najwięcej. Ale przecież dla rozbierania snów na czynniki pierwsze potrzeba świadomego wysiłku, bez niego opowiadanie o snach to taki sam Platzhalter jak czcza gadanina o zdrowiu, chorobach i pogodzie.

            W zestawie dobrych rad na życiową drogę jest miejsce i na patriotyczne (patriotyzmem ukształtowanym świeżą pamięcią czy raczej traumą wojenną) ziarenko: Nie żeń się z Niemką, na kochankę nie bierz Rosjanki. Czyli: obracaj się w bezpiecznym kręgu uprzedzeń, nie wychylaj się – i nie uchylaj przed życiową mądrością usankcjonowaną gorzkim doświadczeniem, a w konsekwencji stereotypem i „prawdą” wyznawaną przez tzw. ogół.

            Powoli wyłania się więc obraz „vademecum na wyjście z domu”, którego najistotniejszą wskazówką wydaje się być ta: nie zgub tej szpulki, z której rozwija się nitka – nie wystarczy więc, że uporasz się z Minotaurem, bądź przy tym wierny tradycji, ale także: nie pozbywaj się schedy, nie wymykaj schematom, w których wzrastałeś, nie zaprzeczaj więzi z domem, więzi rozumianej – oczywiście – różnie, a skoro słuchaj ojca, chociaż nie będziesz go słyszeć, to można przypuszczać, że rozumianej także jako złowieszcza klątwa na drogę.

            I tu warto odwołać się do analizy transakcyjnej Erica Bernego, przez której pryzmat czytam cały wiersz. Analiza transakcyjna zajmuje się między innymi znaczeniem komunikatów rodziców kierowanych do dziecka w rozwoju jego postawy wobec siebie i otoczenia, w powstawaniu trzech stanów ego (rodzic, dorosły, dziecko) oraz w kształtowaniu się generalnego scenariusza, skryptu, czyli planu życiowego, o którym – okazuje się – „decydujemy” już we wczesnym dzieciństwie. Skrypt umodelowany pod presją rodziców całe życie jest obecny w naszym umyśle. Nieuświadomiony – od razu zawiera wskazówki, jak go realizować, z określeniem ról, rodzaju zdarzeń i sposobów reagowania na nie. Rodzice programują swoje dzieci i jeśli sami są przegranymi, przekazują dzieciom matrycę postępowania, jak przegrać, a jeżeli są zwycięzcami – programują je w kierunku zwycięstwa.

            Siła tego determinizmu, siła skryptu, który staje się trampoliną naszych działań, motorem podejmowanych decyzji, podglebiem emocji, lęków, uzależnień – najczęściej wbrew rzeczywistym naszym interesom i świadomym planom – jest ogromna. Rodzic, który mówi moja ręka, synku, i moja powieka uniosą cię, podniosą, czy runiesz boso w błoto, czy czołgał czołem  się będziesz po złotym runie, wyznacza dziecku niezmienialną trasę. Moja ręka będzie cię mocno trzymać, dawać pewność w wędrówce, ale jednocześnie nie pozwoli zmienić toru. Moja powieka to mój obraz świata, on ma być twoim, bez względu na to, jak ty ten świat realnie zobaczysz. Na ile silny to imperatyw, widać dalej:

Jakie byś nie ubierał garnitury

jakie byś nie zakładał mundury, pod nie daję

ci koszulę z bólem tam, gdzie dziadek dostał

kulę, gdzie ojciec przypiął kapsel, by na spacer

z psem chodzić nad, a nie pod dnem.

Garnitury i mundury – wszelka forma, za którą człowiek próbuje się schować, w którą próbuje się wpasować (lub w którą go wpasowuje polityczna i historyczna rzeczywistość) nie ma znaczenia dla skryptu, dla rdzenia, który jest niezmienny. Pod spodem będzie i tak koszula z bólem, źródło cierpienia, od którego nie da się uwolnić (a że „koszula bliższa ciału” – z czasem ból uznajemy za „nasz”, za organiczny, za konieczny). „Koszula Dejaniry” zakłada przy tym działania w dobrej wierze, które przynoszą fatalne skutki. Ale czy rodziców podejrzewamy o złą wolę?

„Koszula z bólem” będzie więc wbrew uniformom, pod mundurami i garniturami, a dokładniej mówiąc tam, gdzie dziadek dostał kulę, gdzie ojciec przypiął kapsel, by na spacer z psem chodzić nad, a nie pod dnem.

            Z pokolenia na pokolenie przenosimy wartości, ale i wstydliwe sekrety, kompleksy, skłonności, ograniczenia, problemy; przekazujemy swoiste instrukcje na życie. Jeśli dziadek dostał kulę – ojciec musi sobie z tym dać jakoś radę, przypina więc kapsel, próbuje z jego pomocą oswoić ranę, zatamować krwawienie, tak, by sam nie był ofiarą tej kuli – by mógł chodzić nad, a nie pod dnem. Kapsel to także order, jeśli więc to on pozwala ojcu chodzić nad, a nie pod dnem, może doszło do swego rodzaju „korupcji”? Order pozwala dumnie wypiąć pierś, ale czy skutecznie goi przykryte nim rany? Może ktoś wpiął order i kupił nim milczenie o tym, co pod nim?

            Kolejne pokolenia też będą musiały coś począć z ranami dziadka. Przypomina mi to jako żywo poruszającą lekturę (niestety nie odtworzę tytułu ani autora) rozmów z dziećmi i wnukami ofiar holocaustu, a następnie z dziećmi i wnukami esesmanów. Dość stały schemat reakcji wyłaniał się z tych wywiadów: dzieci zarówno ofiar, jak i oprawców, starały się wypierać ze świadomości całą nienormalność czasu wojny (przypiąć kapsel w miejsce, które przeszyła kula? Zatamować krwawienie, ale jednocześnie odebrać powagę sytuacji i próbować pomniejszyć wagę zdarzeń?), natomiast kolejne pokolenie – odkłamywało historię, łamało milczenie, ściągało ordery, odrywało kapsel z rany (pokazując ją światu? Dając jej pooddychać, przez to może wreszcie się zagoić?) i czuło potrzebę mierzenia się z faktami, zajrzenia prawdzie w oczy. Niezależnie, czy była to prawda katów, czy prawda ich ofiar.

rozepnij się, oddaj mundury, sprzedaj garnitury,

i wracaj do domu, zmarnowany, strawiony,

wracaj do kuli dziadka, wokół której kulimy się

coraz ciaśniej i która błyszczy jaśniej.

Tak właśnie działa pokolenie wnuków, „odrzuca odrzucenie” pokolenia dzieci, wraca do źródeł, do korzeni – w tym także do rodzinnych urazów i skryptów. Wokół nich kulimy się: jest nas wprawdzie coraz mniej, ale prastare bóle, rodzinne sekrety stają się spoiwem, cementem rodzinnym i niejednokrotnie to na nich właśnie opieramy kolejną warstwę tożsamości – a już na pewno rodzinnej mitologii. Mitologii często wbrew jej bohaterom, którzy – jak w wierszu – wyraźnie i wielokrotnie powtórzą apel: mówiąc, nie mów synku –bądź elokwentny, ale nie opowiedz, co tak naprawdę w tobie (w twoim domu) siedzi. Czy to nie apel o oportunizm? O zakłamanie? O zręczne mijanki w rozmowach o sprawach najistotniejszych? A wobec opornych na perswazję metody są sprawdzone: gdy się kto nie godzi i się nie zgodzi, to się go ugodzi. Może dziadek, który dostał kulę, nie godził się? Może dlatego został ugodzony? I trzeba było potem tę jego niezgodę i jej skutki w następnym pokoleniu kapslem przykrywać? I kapslem tamować?

Ugodzenie oczywiście przychodzi znienacka, zza pazuch pazury dobyli, już bili i dobili, podstępem, nikczemnie, niehonorowo, z zaskoczenia, najlepiej o 6 rano, kiedy można kogoś zastać w piżamie, najlepiej przecież „zdradzać o świcie”.

            W rzeczywistości, w której żyjemy my, wnukowie dziadka przeszytego kulą, nie trzeba się już obawiać – dosłownie – kul, co nie znaczy, ze jesteśmy wolni od innych rodzajów możliwych okupacji:

Na prowincji ci z policji, w stolicy politycy

Zamienili ruskie i szwabskie tanki na banki.

            Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Zakładamy przecież, że rodzic dobrze życzy dziecku. Przyświecając sobie telewizorem, poczytaj poetów wiersze. Dziadek przyświecał sobie lampą naftową (a może gromnicą?), a teraz jest czas na przyświecanie sobie telewizorem? Matka bohatera Średniego, także zapatrzona na wydłużające się / przekątne telewizorów, przeoczyła rozpad rodziny. Czy świat można sobie objaśniać mediami? Czy można w nich szukać remedium na bóle wszelakie, może i łącznie z tymi po dziadkowej kuli? A może to tak samo serio rada, jak poczytaj poetów, którzy piszą

o skwerku i skwarku, o kwarku i smarku,

o koperku w kuperku, o wiaterku i sweterku,

o wiatraku i pierniku, o bieliźnie i słabiźnie,

o bumcykcyku w nocniku

            Przyświecanie sobie telewizorem może więc „dać” pewnie porównywalnie wiele, jak lektura wierszy współczesnych poetów, którzy w realizacji postulatów z lechoniowego „Herostratesa” doszli do absurdu. Suchanek niejednokrotnie zresztą bardzo ostro wyraża się o kondycji współczesnej poezji, jak choćby w wierszu „Boże dary”, w którym m.in. czytamy:

(…) Boże Dary, pożal się

Boże poeci, już sami nie czytają, co napisali,

daremni, nie udaremnią, nie uda im się, a od

udawania udaru dostaną, choć głowy między

udami chowają, niezdary, nasze Boże Dary,

bełkoty i koty. Stronią od strony reduty i roty,

stypendia to ich wiara jedna, kocia, bełkocia.

            Ważniejsze jednak od ocen, ale i od porad czy nakazów, są jednak ostrzeżenia i zakazy, a z tymi – im „dalej w wiersz”, tym robi się poważniej: nie mów nikomu, synku, gdzie to chciałeś się piąć i wspiąć.

            Mimo, że czasy nie sprzyjają skromności, rodzic do niej właśnie nawołuje? Rozepnij się, oddaj mundury, sprzedaj garnitury, / i wracaj do domu, zmarnowany, strawiony, / wracaj do kuli dziadka, wokół której kulimy się / coraz ciaśniej i która błyszczy jaśniej. Możeto raczej sugestia, by wrócić do wartości, za które dziadek „dostał kulę”, może z tej perspektywy raz jeszcze spojrzeć na tradycję i z kolei przez jej pryzmat – na dzisiejszość? A wtedy zrzucić z siebie to wszystko, czym ona nas krępuje. I nie dać się, nie poddać porządkom swoich czasów?

            Rodzi się na marginesie jeszcze jedno pytanie: kto nas tak naprawdę nawołuje? Może – wracając do Bernego – „rodzic w nas”? Ja-Rodzic napomina Ja-Dziecko? Słuchaj ojca, chociaż nie będziesz go słyszeć – przecież to zarówno apel o wsłuchanie się w głos tradycji, jak i prognoza dotycząca „dalekosiężnego” wpływu rodzica (skrypty równie mocno, a może i mocniej, determinują nasze życie po śmierci rodzica), ale i głosu ego-Rodzica. Co więc ma nas kształtować? Co na tak naprawdę mamy swojego? Gdzie od początku do końca jesteśmy sobą?  Ile nas w nas?

            W swoim ostatnim publicznym wystąpieniu Eric Berne powiedział rzecz następującą: Odpowiednio rozgrywany, przez ludzi grających na poważnie, poker jest jedną z niewielu prawdziwie egzystencjalnych sytuacji istniejących we współczesnym świecie. Oto, co rozumiem poprzez słowo „egzystencjalny”: każdy jest zdany tylko na siebie. Nikt nie będzie ci współczuł. Jesteś w pełni odpowiedzialny za to, co robisz. Jeśli już umieściłeś pieniądze w puli, nie ma odwrotu. Nie możesz winić nikogo innego. Musisz ponieść wszystkie konsekwencje. Nie możesz się od tego wykręcić. Nie możesz wymigać się od bycia albo zwycięzcą albo przegranym. Liczy się tylko to, ile pieniędzy wyniesiesz w kieszeni, i tylko to określa, czy jesteś zwycięzcą czy przegranym. Nikt nie musi zwoływać na ten temat konferencji.[3]

            Życie, wraz z pięknym i trudnym, godnym i wstydliwym bagażem tradycji, wraz z całym obciążeniem przejętego od rodziców instrumentarium i wypracowanymi przez pokolenia instrukcjami obsługi, wydaje się być – niestety dla życia – antypokerem.

Masz nitkę, masz drut, rękę i powiekę matki,

przy drodze polne kwiatki, kapliczkę, starą

studnię. Do studni wrzuć telewizor, bum,

kapsle, którymi cię zatykali, cyk, cyk, cyk.

Masz więc wszystko to, czym cię „uszczęśliwili” rodzice, a za ich pośrednictwem całe pokolenia przodków – masz nitkę, masz drut, rękę i powiekę matki, masz (na szczęście nieobciążoną tym skryptowym balastem) przyrodę i swoją małą ojczyznę – polne kwiatki, zawsze możesz mieć wiarę – kapliczkę. I coś jeszcze. Starą studnię, do której można wrzucić nawet kapsle, które – pamiętamy – zamykają rany. Studnia to czysta woda. Nie ma znaczenia, co dzieje się na powierzchni, studnia jest światem osobnym, oddzielonym od tego, co na górze, studnia żyje swoim życiem, niezależnie od polityki, pór roku, wojen, od tego, czy kula trafiła w dziadka, czy syn się żeni z Niemką, czy są ruskie i szwabskie tanki – czy banki. Studnię wraz z jej czystością mamy po swojej stronie.

            Ostatni dwuwers wywraca dramaturgię całej opowieści na lewą stronę, okazuje się, że na finiszu tego strumienia dobrych rad, których gruntem była dotąd koszula z bólem przekazana dziecku, a podstawową osią był nakaz: mówiąc nie mów, dzieje się coś niebywałego:

Jeśli spotkasz Józefa z Marią, wsiądź śmiało

na ich furmankę, bo ta noc będzie porankiem.

            Zgodnie z dekretem cesarza Augusta zarządzono w celu ulepszenia systemu ściągania podatków spis ludności mieszkańców Cesarstwa Rzymskiego. Wprawdzie Józef był upoważniony do rejestracji całej rodziny, ale Maria zdecydowała się mu towarzyszyć i wyruszyli 18 sierpnia 7 r. p.n.e. do Betlejem. Jak wiemy, zakwaterowali się w czymś w rodzaju magazynu zbożowego, gdzie o świcie urodził się Jezus.

Już sam fakt, że jechali tam, gdzie miało narodzić się ich dziecko, byłby wystarczająco metafizycznym i jednocześnie przekonywającym argumentem, żeby wsiąść śmiało na ich furmankę. Ale tak naprawdę – jechali przecież w miejsce, gdzie miała się narodzić nowa era. Noc stała się porankiem, te narodziny przyniosły światu nadzieję, przyniosły zapowiedź zbawienia, były nie tylko cezurą dla naszej cywilizacji, ale i symbolicznym momentem, w którym człowiek dotknął nieśmiertelności.

            Do czego więc – po tej wyliczance zakazów, nakazów i smutnych prawd o życiu – zachęca swoje dziecko rodzic? I nieistotne, czy ten rodzony, czy wewnętrzny Ja-Rodzic. Wychodzi na to, że wbrew całemu balastowi rodzinnych obciążeń i sieci ograniczeń, wbrew zamiecionym pod dywan brudom i zakorkowanej kapslem ranie dziadka, wbrew krępującej całe życie nitce ze szpulki wręczonej przez matkę i ojca oraz pazurom dobytym zza pazuchy – tak naprawdę wbrew wszystkiemu, łącznie ze zdrowym rozsądkiem, mamy odważnie i z ufnością wskakiwać na furmankę, która jedzie poza granice znanego nam świata.

czerwiec-lipiec 2011

/Izabela Fietkiewicz-Paszek

praca zbiorowa pod redakcją M. Kisiela „Dlaczego Suchanek? Spojrzenia i interpretacje”, wyd. Fundacja Światło Literatury, Gdańsk 2011, ISBN 978-83-933212-1-6


[1] I. Fietkiewicz-Paszek, fragment recenzji tomu J. Suchanka „Ku”, Migotania, Przejaśnienia, nr 2/3(27/28) 2010

[2] Ludwig Wittgenstein, Tractatus logic-philosophicus, 2.0271,  Wydawnictwo Naukowe PWN, 1997, str. 8

[3] Eric Berne, ostatnie wystąpienie publiczne, wykład na otwarcie dorocznej konferencji Towarzystwa Psychoterapii Grupowej Golden Gate w USA wygłoszony 29 czerwca 1970. /za: www.analizatransakcyjna.pl /